Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 sierpnia 2016

"Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian" Ziemowit Szczerek

Rozmawiając ostatnio z Jonathanem, ulało mi się okropne myślenie wynikające ze spotkania niereprezentatywnej grupy młodych Niemców dużo wcześniej. Że niewidzący swojego bogactwa, że myślą, że im się należy, że neokolonializm, że neoliberalny światopogląd wynikający z nieuświadomionych przywilejów, że wszystkich mierzą swoją miarą, że pępki świata.

I Jonathan, mądry człowiek rzucony tymczasowo do Kijowa, patrzy na mnie i mówi:
-A wiesz, że na Ukrainie dokładnie to samo mówią o Polakach? Że rzutem na taśmę dostaliście się do Unii i zadzieracie nosa? Że dostajecie pieniądze, które Wam się nie należą? Że całe życie macie niesamowitego, niesprawiedliwego farta?

Zrobiło mi się okropnie wstyd.
Ten sam wstyd odnalazłam w książce, którą chwyciłam z nieswojej szafki podczas nieswojej domówki, za to ze swoimi ludźmi.

Taka to książka, ni to całkowicie reportaż, ni to do końca powieść, autor podrywa laski które denerwują go egzaltowaniem, przeklina okropnie, chleje płyn na potencję, bierze narkotyki i prowadzi po nich auto. Jedzie przed siebie, robi rzeczy podpadające pod "co się dzieje na Ukrainie, zostaje na Ukrainie" i trochę żyje we własnej głowie. Tworzy obraz "Wschodniego Rozpizdzielu", oszustów, babuszek, rdzy i smrodu, na który czytelnik się łapie i nie kwestionuje go, aż do momentu, gdy ze szczerością niepozostawiającą pola do dyskusji, autor przyznaje się, że zarabia na podtrzymywaniu stereotypu "Dzikiego Wschodu" w swoich artykułach.

Że płacą mu za wymyślanie bzdur prosto z Ukrainy.
Że kłamie, łże, zmyśla i manipuluje, produkując sieczkę dla spragnionych emocji czytelników zafascynowanych własnym wyobrażeniem "wschodu".

I wtedy okazuje się, że "Przyjdzie mordor..." wcale nie jest o Ukrainie i Ukraińcach, tylko o Polsce i Polakach. Że "wszyscy mają was [Polaków], za zabiedzoną, wschodnią hołotę. (...) Wszyscy uważają was za trochę inną wersję Rosji. Za trzeci świat. Tylko wobec nas [Ukraińców] możecie sobie pobyć protekcjonalni. Odbić sobie to, że wszędzie indziej podcierają sobie wami dupy."

Okazuje się, że leczymy swoje kompleksy. Szukamy jakiejś pierwotności, potwierdzeń wyobrażeń. Nie jesteśmy gotowi spojrzeć na kraj bez oczekiwań. Że naczytaliśmy się, co tam znajdziemy i doszukujemy się tego za wszelką cenę, szczególnie jeżeli jesteśmy studentami slawistyki. Że wszystko ma być "pokręcone na maksa" i "hardcorowe".

Przyjemne było odpoczęcie od tradycyjnej konwencji reportażu- żadnych dat, żadnego zbioru faktów, żadnego tłumaczenia historii czy kultury, żadnego pozostawania bezstronnym a'la Kapuściński. Gonzo na pełnej petardzie; Szczerek patrzy i widzi, ocenia więc jest, emocjonuje się, oczy mu się kleją, nie wie, co się dzieje, wie, co się dzieje, ale mu się to nie podoba, zjebał, naprawił, zgubił, przemyślał.

Wystydził się na końcu za cały naród.
Zobaczyłam swój wstyd w jego wstydzie, jednak ja biłam się po głowie sama ze sobą, on otwierał szeroko oczy w nagłym przypływie świadomości przed bratem-Ukraińcem.

Dzięki niech mu będą, za tę lekcję. Obowiązkowa lektura przed wyjazdem na Dziki Wschód Ukrainę i przed staniem się świadomym człowiekiem. Gorzka piguła do przełknięcia.Wyrzuca część robali.

"Jesteście, Wy, Polacy, rozsądnymi ludźmi. (...) Wytłumacz mi więc, dlaczego za każdym razem, gdy spotykam Polaka, ten mi opowiada, jakie to tutaj cuda widział. Jak to wszystko rozpierdolone do szczętu i nie działa. Każdy opowiada jakieś historie nie z tej ziemi. Przecież...- Heike ukradkiem oceniła moją reakcję- przecież wy musicie sobie zdawać sprawę, że u Was jest tak samo. (...) No więc wytłumacz mi, (...) po co wam ten teatrzyk. Co Wy odgrywacie sami przed sobą?

I co ja jej miałem, kurwa, powiedzieć, że my, Polacy, mamy taką dziwną teorię, że czym innym jest syf łaciński, a czym innym- prawosławny?
-Polski nie pojmiesz rozumiem- powiedziałem. (...) No bo naprawdę: co miałem, kurwa, powiedzieć?"

piątek, 10 czerwca 2016

"Wykluczeni" Artura Domosławskiego
"Chcielibyśmy, żeby początkiem i końcem ludobójstwa był nazizm."

Książki ważne są trudne. Wykręcają człowiekowi twarz, przeciągają go przez młynek do mięsa, walą jego głową o ścianę.

Niełatwo napisać trudną książkę, taką prawdziwie trudną, bez sentymentalizmów, protekcjonalności, upoważniania samego siebie do wydawania sądów. A przy okazji bez wszechogarniającej beznadziei i opadania rąk. Bez wszechogarniającej nie znaczy, że bez żadnej, bo przecież "wzruszenie, przejęcie się losem pokrzywdzonych to uczucia dobre, ale (...) chwilowe, nietrwałe. Tym, których dotyka nieszczęście, trzeba czegoś innego: naszego gniewu, wściekłości, niezgody. Może przede wszystkim uświadomienia sobie i innym, że przywileje lepiej urodzonych bywają okupione nieszczęściem tych, którzy są pozbawieni praw i możliwości. Zrozumienie tej zależności to pierwszy impuls ku zmianie, przynajmniej szansa na nią."

Domosławski stworzył wielki leksykon wykluczonych jednostek i grup, które można zamordować, zniknąć, skrzywdzić bez żadnych konsekwencji. Podróżując przez tzw. globalne południe (co ostatnio, jak się okazuje, jest pojęciem przestarzałym i już nieaktualnym) wchodzi w społeczności naznaczone tragediami i traumami, pokazując mechanizmy które doprowadziły do tej sytuacji, które utrzymują status quo i które w przyszłości nadal będą to robić.

I bezwzględny jest ten Domosławski i udowadnianiu połączeń pomiędzy białą, bogatą północą i zachodem, którego obywatele tak głęboko się zasiedzieli w swoim przywileju, że życie Innego nie ma dla nich znaczenia, a "wyrwać włos Europejczykowi – to boli mocniej niż Afrykańczykowi amputować nogę bez znieczulenia." Panoszy się korporacjonizm, wielkie firmy produkują ogromne zyski podjudzając głodnych na spragnionych, mentalność kolonialna mocno się trzyma, człowiek niebiały to nie człowiek, kto by się tam zastanawiał, czemu dzikusy się (znowu) wybijają?

Konikiem Domosławskiego jest Ameryka Łacińska, co autor przyznaje otwarcie już we wstępie. I pomimo miłości do tego rejonu stara się jak może pokazać uniwersalność mechanizmów wykluczenia na całym świecie- w Egipcie, Palestynie, Izraelu, Zachodnim Brzegu, w Kenii, Tajlandii, Mjanmie (tam, gdzie buddyści wyrzynali muzułmanów), w USA... Tworzy ponad pięciuset stronicową pozycję, zaznaczając, że na wiele nie starczyło czasu, miejsca, zasobów...

I nagle się okazuje, że ten Inny to nie taki znowu inny, że frustracja narastająca z samego czytania o jego sytuacji sprawia, że jego zachowanie ma dużo więcej sensu i logiki, że czemu ludzie ludziom.

Nasza wina, nasza wina, nasza bardzo wielka wina.

<<Jeżeli dowiemy się, co doprowadziło do powstania bojówek w Kolumbii, co wypycha młodzież do gangów w Meksyku i na amerykańskim pograniczu, co umacnia Hamas albo Bractwo Muzułmańskie, być może uda się choć trochę odetchnąć od prymitywnego kulturalizmu, który sugeruje, że to jakiś duch albo inna niewidzialna siła pcha ludzi do przemocy, że to ich obyczaje i wartości – „oni tacy są”.>>

wtorek, 1 marca 2016

"Cień Wiatru" Carlos Ruiz Zafon

Klasyka literatury współczesnej, jedna z najszerzej rozpoznawalnych książek hiszpańskich, przetłumaczona na trzydzieści języków i sprzedana w milionach egzemplarzy. Czarująca.

Dziejąca się w zamglonej i mokrej Barcelonie, której wysokie kamienice rzucają cień, a książki przed zapomnieniem chowa się w tajemniczej bibliotece- na Cmentarzu Zapomnianych Książek.

Rozpoczynając lekturę spotykamy dziesięcioletniego głównego bohatera, Daniela, który zupełnie przypadkiem, jeżeli wierzyć w przypadki, w bibliotece znajduje zupełnie konkretną książkę, która nie opuści do od tamtego czasu ani na chwilę.

Przez kolejne pięćset stron spod słów wyłania się dziesięć lat miłości i romansów, spacerów po Barcelonie (i Paryżu), odgadywanie przeszłości, portrety bohaterów, którzy wydają się z krwi i kości, historia kryminalna od której nie sposób się oderwać, niesamowity klimat świata przedstawionego, wymieszanie rzeczywistości z fikcją.
Strony przewraca się w zawrotnym tempie martwiąc się, że kiedyś się skończą.

Kunszt pisarski, kunszt tłumaczeniowy (!!)... Gdyby słowa można było jeść, te byłyby podawane w najlepszych restauracjach. Magia, piękno, tylko kupować bilety i jechać, jechać, jechać do Barcelony z dobrą książką pod pachą.

piątek, 19 lutego 2016

"Księgi Jakubowe" Olga Tokarczuk

Wielkie, przepastne tomiszcze. Istna przeprawa, taka z plecakiem i dobrymi butami trekkingowymi. Przez chaszcze, mrowie bohaterów, dekady i wątki. Wymagająca ciągłego skupienia i wysiłku intelektualnego, jednak oferująca w zamian niesamowicie szczegółowy, dopracowany, pięknie napisany świat. Książka, w której świecie przepada się na dwa miesiące (tyle zajęła mnie), przyzwyczaja do magii XVIII wieku, którą zamyka się z poczuciem, że można by spędzić nad nią tyle samo czasu, ile zajęło napisanie jej, a i tak zostałyby w niej wątki do zgłębienia, odkrycia, pogłębienia, zrozumienia.

Europa u stóp czytelnika, codziennie uczy czegoś nowego, multikulturalizm działający w Rzeczpospolitej bardziej niż obecnie, religie, sekty, krótki przewodnik po manipulacji i wywieraniu wpływu na ludzi. Jak powiedzieć, że jesteś Mesjaszem i z trzech szaleńców którzy Ci wierzą stworzyć grupę kilkunastu tysięcy.
Kawał dobrej literatury.

Najbardziej niesamowita jest jednak popularność tak obszernego i wysokiego dzieła. Wszędzie o niej słychać. W empiku zajmuje całą półkę, a przecież jakością odstaje od standardowego asortymentu tego przybytku. Dobry znak dla polskiego czytelnictwa czy raczej świetna robota ludzi od marketingu? Niezależnie- polecam, bo warto.

wtorek, 10 listopada 2015

"Mury Hebronu" Andrzej Stasiuk

Kiedyś już zachwycałam się wyd. Czarnym. Dzisiaj chciałam się pozachwycać Stasiukiem. Nadal zamierzam to zrobić, ale od kiedy odkryłam, że to właśnie on prowadzi Czarne, wszystko mi się ułożyło i zachwyt wydał się oczywisty.

To nazwisko przewijało się przez lekcje polskiego przez cały ogólniak. Nigdy nie zapuściło korzeni, koniec końców zapamiętałam raczej postawę autora niż jego imię, fakt, że zdezerterował z armii i dobrowolnie poddał się karze więzienia, bo co, nie będzie system pluł mu w twarz! (a może zapamiętałam postawę Maleńczuka, nie Stasiuka? I jak bardzo duży to błąd, biorąc pod uwagę, że w tej kwestii ich biografie zajmują podobne stanowiska?). I jakoś tak ostatnio ta książeczka, zrodzona z obserwacji więziennych, sama się napatoczyła. I jak tu nie przeczytać?

Kojarzycie "Orange is the New Black"? Amerykański serial opowiadający historię więźniarek w zakładzie dla kobiet? Ten cukierkowy, uromantyczniony, zpopkulturowiony, ulicealniony wymysł stanowi kompletne przeciwieństwo "Murów Hebronu". Nie można by chyba było zestawić dwóch bardziej różnych tekstów kultury zajmujących się tematem więziennictwa.

Mocne są. Bestialskie. Makabryczne. Szokujące. Oblepione potem, smrodem i kurzem. Smutne jak cholera.
Momentami chce się krzyczeć. Takie rzeczy się na świecie dzieją, a ja tu siedzę całe życie i o tym nie wiem!? Róbmy coś, zróbmy coś!
Charakteryzuje je oszczędność słów i silny realizm językowy. Prawdziwość do szpiku kości, taka, która zazwyczaj jest niedostępna w moim wyperfumowanym świecie klasy średniej. Otwieram oczy i widzę, że nie widzę. Jakby tu zmienić system więziennictwa?

----------------------------------------------------------------------------------------------------------
"(...) Ja siedzę już trzeci raz i wiem, że będę z przerwami siedział do końca życia. Udało się im tylko jedno. Nauczyli mnie, jak być bandytą, nie bać się kryminału i być dumnym z tego. To im się dobrze udało. I tylko to."

"Ludzie z wolności myślą, że świat jest ciepnięty na pół. Tu więzienie, a tam wolność. Taki c**j jak słonia nos. Do więzienia idzie się tylko raz. Ten pierwszy. Potem już nie ma więzienia. Wolności też nie ma. Wszystko jest równo. Rozumiesz? Jasne, że nie rozumiesz. Jak masz rozumieć, jak nigdy nie wychodziłeś jeszcze na wolność. Ale zrozumiesz. Masz dużo czasu."

piątek, 30 października 2015

"Eli, Eli" Wojciech Tochman

Uwielbiam wydawnictwo Czarne. Literatura faktu, podróżnicza, szeroko pojęty reportaż. Nigdy się nie zawiodłam.
I Tochmana też uwielbiam. Od "Dzisiaj narysujemy śmierć" (ludobójstwo w Rwandzie, nieludzko wciągająca) w słuchawkach, poprzez "Jakbyś kamień jadła" (o pokłosiu wojny na Bałkanach), do tekstów drukowanych w "Kontynentach" i "Dużym Formacie" (z tych ostatnich szczególnie zapadł mi w pamięć ten z Kambodży). 

Mój ulubiony sklep z e-bookami też jest niczego sobie (doceniam go szczególnie od kiedy mieszkam za granicą i czytam więcej niż kiedykolwiek), a gigantyczne plusy zdobył jedną z promocji- jednego dnia co godzinę inna książka Czarnego była do kupienia za 50% ceny wyjściowej. 
I wiecie co? Wykreślając to, co już czytałam, to na co się spóźniłam, to co mnie nie interesowało, oraz odejmując wszystkie książki, które nieprzeczytane leżą na półce i biorąc pod uwagę ilość dostępnych funduszy i fakt, że jeść muszę, udało mi się niemożliwe i kupiłam tylko DWIE!

"Eli", oprócz bycia hebrajskim imieniem, w tym języku oznacza również "Najwyższego" czy "Mojego Boga". Jezus umierając na krzyżu ponoć krzyczał: "Eli, Eli, lama sabachthani?", "Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił" (Mt 27,46). I tak krzyczą mężczyźni dający się krzyżować  "na ochotnika" w jednej z północnych prowincji Filipin. Na oczach ponad 60 tysięcy turystów, przyjeżdżających zobaczyć krwawą jatkę i dobrowolnie poddających się cierpieniu ludzi. 

Ale o ile ci ludzie z różnych względów zdecydowali, że chcą cierpieć, to ludzi w azjatyckich slumsach nikt nie pytał. A jakoś tak się stało, że na turystykę w tych częściach miast jest ostatnio wielki boom. Trip True Manila? Czemu nie, zakończmy ją zbiórką pieniędzy na czapki. Połowa na nasz turystyczny obiad, połowa na edukację dzieci ze slumsów (albo coś w tym stylu). A focie białych twarzy ze śniadą biedą w ciągu trzydziestu sekund na facebooka.

Tochman stara się pojąć, PO CO i DLACZEGO ktokolwiek ekscytowałby się biedą i chorobą. Po co ktokolwiek strzelałby do ludzi z aparatu? Po co udawać, że się coś robi? Po co pokazywać to w mediach społecznościowych? Czemu cierpienie tak dobrze się sprzedaje?

Tochman się nie patyczkuje. Wali wprost, przejmująco opisuje codzienność, sceptycznie podchodzi do działań fotoreportera z którym podróżuje, krytykuje narcystycznych pseudo-pomagaczy zbijających pieniądze na tragedii innych i wybielających swoje działania, w pewnym momencie zaczyna powątpiewać w wyższość pisania nad fotografią, krytykuje własne spojrzenie na rzeczywistość i każe Ci zacząć myśleć nad tym, co czytasz i sądzisz. I po samo włączenie krytycznego myślenia należy sięgnąć po tę pozycję.

"Nasyceni zmierzamy powoli do końca opowieści. Zdrewniałą twarz Josephine Vergary możemy powoli wymazać z pamięci. Nie ma się co krępować. Nasz zdrowy świat nie chce świata choroby, tak jak życie nie chce świata śmierci. Młodość nie widzi potrzeb starości, świat heteryków nie chce świata homo, świat pieniądza- świata biedy, Północ-Południa, Zachód-Wschodu, metropolie- swoich byłych kolonii, ludzie żyjący w pokoju-ofiar wojen, prześladowanych, uchodźców, Hutu-Tutsi, chrześcijanie (na przykład Serbowie)- muzułmanów (Albańczyków, Bośniaków), Turcy-Kurdów, Filipińczycy-Koreańczyków i Chińczyków, bo kto na świecie lubi Chińczyków, Flamandowie-Walonów, Holendrzy-Polaków, Polacy-Żydów, Żydzi-Arabów, Arabowie-Żydów i Amerykanów, Amerykanie-Meksykanów. Kogo nie znoszą Meksykanie? Sami siebie: biali-niebiałych. Może nie wszyscy, może nie wszędzie, nie zawsze. Ale każdy. Każdy jest wśród niechcianych albo tych, którzy nie chcą."

oraz (cytowane przez Tochmana fragmenty "Robotnika"):

"Wszechobecność tych zdjęć i tych koszmarnych scen podsyca przekonanie, że tragedia w nieoświeconych, zacofanych- to znaczy biednych- regionach świata jest nieunikniona."

i

"Z im odleglejszym lub bardziej egzotycznym miejscem mamy do czynienia, tym bardziej prawdopodobne, że otrzymamy portrety en face umarłych lub umierających."

oraz przemyślenia na temat postkolonializmu (do których ta książka jest idealnym wstępem):

"Na ogół potwornie okaleczone ciała na opublikowanych ciałach pochodzą z Afryki lub Azji. Ten dziennikarski zwyczaj wziął się z wielusetletniej tradycji pokazywania egzotycznych- to znaczy- skolonizowanych- ludzkich istot: Afrykańczyków i mieszkańców odległych krajów Azji pokazywano niczym zwierzęta w zoo na wystawach etnologicznych urządzanych w Londynie, Paryżu i innych stolicach europejskich od XVI do początku XX wieku." 

sobota, 10 października 2015

"Aimee&Jaguar" Erica Fischer

Berlin, czasy drugiej wojny światowej. Lilly jest prawdziwą, dobrą, niemiecką żoną, czwórką dzieci zasłużyła na brązowy medal furhera i pomagaczkę do zajmowania się domem, która okazuje się mieć bardzo ciekawe grono koleżanek.
I tak jakoś wychodzi, że Lilly łapie dosyć dobry kontakt z tymi koleżankami, spędzając z nimi coraz więcej i więcej czasu, dosyć szybko orientując się, że do tej pory czegoś jej w życiu brakowało. Z jedną z nich- Felice- "nadają na tych samych falach" i, na przestrzeni roku, coraz bardziej się do siebie zbliżają.
Snują plany na przyszłość, piszą do siebie listy i wiersze, tęsknią niesamowicie. W pewnym momencie Felice wprowadza się do Lilly i tworzą piękną Tęczową Rodzinę. Simple as this.

Chociaż nie do końca takie simple, bo o ile dwie kobiety razem wychowujące dzieci jeszcze się jakoś zgubią w Berlińskim tłoku, to fakt, że jedna z nich jest Żydówką już nie do końca jest tak łatwy do wytłumaczenia. A do tego utrzymuje rodzinę pracując pod fałszywym nazwiskiem w nazistowskiej gazecie, z której wyciąga tyle informacji, ile się da.
I tak jakoś się dzieje, że biedna, dobra Felice zostaje zatrzymana i wysłana bógwiegdzie. Lilly szaleje. Podejmuje nierozsądne, niebezpieczne decyzje i za wszelką cenę stara się ją odzyskać. Ich listy przedrukowane w tych ostatnich rozdziałach rozdzierają serce i nawet zawinięcie się w kołderkowe burrito i wypicie morza herbaty nie pomaga.

O ile homoseksualizm w literaturze faktu jest tematem stosunkowo popularnym, to pozycji na temat par i jednostek w przeszłości nie istnieje tak wiele. Osadzenie zjawiska w kontekście historycznym jest konieczne do osiągnięcia pełnej akceptacji, uznania że nie jest to "kolejny amerykański wymysł" czy "zachodnia moda", tylko coś, co istniało długo zanim zostało nazwane, istnieje i istnieć będzie.

I o ile o II wojnie światowej mówi się często i gęsto, to równie często pomija się tragedie konkretnych grup społecznych- ilu z Was słyszało o "różowych trójkątach"? W szkole nie wspominaliśmy również o "asocjalnych"- włóczęgach, prostytutkach czy Cyganach. Więźniami za wiarę byli Świadkowie Jehowy. Czy gdzieś pojawiła się analiza sytuacji osób niepełnosprawnych i upośledzonych w obozach koncentracyjnych?
Historię piszą zwycięzcy. Starajmy się jednak nie wymazywać cierpień innych, tylko po to, by nas żałowano bardziej.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------
"Aimee&Jaguar" wygrzebana została w Warszawie na stoisku z używanymi książkami, kupiona pod wpływem emocji na dwadzieścia cztery godziny przed moim wyjazdem. Już chyba zawsze będzie mi się kojarzyć z pączkami u Pawłowicz, Nowym Światem i wyprowadzką.

czwartek, 1 października 2015

"Sekretne życie pszczół" Sue Monk Kidd

Lata 60 XX wieku, głębokie południe USA.
Początkowo wydawać się może, że jest to historia czternastoletniej białej dziewczynki, która bierze nogi za pas i ratuje siebie oraz swoją opiekunkę przed niesprawiedliwym traktowaniem, więzieniem, czy może nawet śmiercią.
Jednak im głębiej w książkę, tym mniej cała opowieść kręci się dookoła Lily. Wprawdzie jest ona nadal główną bohaterką i narratorką, ale w pewnym momencie staje się jedynie pryzmatem, tubą, dzięki której inne postaci mogą wybrzmieć pełniej, której przemyślenia obnażają niedoskonałości ówczesnego systemu i wychowania.

Czarnoskóre kobiety (aż się prosi o użycie amerykańskiego terminu Women of Color), które są dla siebie jak siostry, dbają o siebie, troszczą się, razem pracują, odpoczywają, wspierają się, wierzą w siebie, skaczą za sobą w ogień, są silne, pracowite i oddane, a przy okazji mają w sobie wewnętrzną dobroć i ciepło, przedstawiona bardzo indywidualistycznie.
Sue Kidd zbudowała wiele szczegółowych, głębokich bohaterek (i bohaterów), które starają się osiągnąć swój cel pomimo niepowodzeń i trudności, nie tracąc przy tym poczucia wspólnoty. Czarnoskóry chłopiec pragnący zostać prawnikiem? Czemu nie, dodajmy do tego białego sojusznika, który robi wszystko, by młodemu pomóc. Kobieta poświęcająca swój czas wolontariackiej pracy w szpitalu? Idealnie pasuje. Choroba psychiczna, którą wszyscy akceptują i starają się zwalczyć miłością? Jest. Przestrzeń dla rozwoju i dojrzewania? Lepsza niż gdziekolwiek. Autorka przemyca wiele z treści które są niezmiernie ważne i aktualne nawet w dzisiejszym feminizmie, akcentując konieczność siostrzanej miłości pomiędzy kobietami.

Atmosfera rodzinna, pachnąca miodem (konsumpcja tegoż w moim życiu zwiększyła się dwukrotnie w trakcie czytania), bardzo wciągająca, a do tego przyzwoicie nieciężka.

Do tego nie omieszkam wspomnieć, że wiele z bohaterek grubo przekroczyło już wiek typowej protagonistki w literaturze i filmie w dwudziestym pierwszym wieku i waha się pomiędzy trzydziestym-którymś a pięćdziesiątym rokiem życia. (ekhem, ekhem, gloryfikacja młodości ORAZ whitewashing wychodzi jak słoma z butów w hollywoodzkim filmie na podstawie książki...).

I koniec końców, szczęśliwe zakończenie i duży uśmiech na twarzy przez całą lekturę.
Idealna do herbaty z miodem, herbatników z dżemem różanym i grubych, wełnianych skarpet. :)