Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LGBT. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LGBT. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 stycznia 2017

Okruchy 2016.

Zaletą świętowania Nowego Roku i urodzin tego samego dnia jest to, że tylko raz w roku siadam i dobitnie przemyśliwuję minione 12 miesięcy. Raz, ale dobrze, zamiast rozdrabniać się na drobne.

Patrząc na stan w jakim rozpoczęłam ten rok, nie pomyślałabym, że okaże się tak wartościowy, intensywny i najnormalniej w świecie przyjemny.

W styczniu wróciłam do Kecskemet z przerwy świątecznej, chociaż miesiąc wcześniej mój "mentor" przebąkiwał, że "szefowa nie będzie zadowolona, że bierzesz tyle wolnego". Na szczęście mój mózg dał radę totalnie zignorować zaczepkę i przez kilkanaście dni w domu wyszłam z letargu oraz poukładałam sobie kilka rzeczy w głowie. Próbowałam rozwiązać sytuację w miejscu pracy po raz ostatni, aż w końcu machnęłam ręką. Olgowe "Maria, Ty wcale nie musisz tam być" do dzisiaj dzwoni mi w uszach jak największy budzik świata. Na szczęście nigdy później nie potrzebowałam go aż tak bardzo.

W tym miesiącu udało mi się również zobaczyć Wiedeń i Bratysławę, oraz spędzić kilka pięknych dni w Budapeszcie.

W lutym, po miesiącach próśb, gróźb i błagań, ostatecznie rzuciłam Wolontariat Europejski. Nauczyłam się tam wielu rzeczy- pierwszy raz mieszkałam sama, stałam się asertywna, mniej naiwna, nauczyłam się walczyć o swoje i nie bać się nakrzyczeć na osobę, której nieudolność robiła mi krzywdę. Z perspektywy roku myślę też, że najważniejszą lekcją było odkrycie trudności opuszczenia przemocowej sytuacji- nie fizycznie (mogłam wskoczyć w najbliższy pociąg), ale właśnie mentalnie, emocjonalnie- pozbycie się poczucia, że jestem im coś winna, że przesadzam (doświadczyłam takiego gaslightingu, że do dzisiaj mnie telepie gdy o tym pomyślę), że może powinnam spróbować raz jeszcze było chyba najtrudniejszą rzeczą w moim życiu.


Marzec i kwiecień upłynęły pod znakiem intensywnej pracy aktywistycznej w organizacjach pozarządowych, mniej intensywnej nauce do matury, szkoleniu się, leczeniu duszy, czytaniu, piciu herbat, otwieraniu się na nowe znajomości i pomysły.


Maj przyniósł zakończenie zmagań z arkuszami maturalnymi oraz zwieńczenie największego projektu nad jakim kiedykolwiek pracowałam- Trójmiejskiego Marszu Równości 2016 oraz Tygodnia Równości.


W lipcu działałam przy Ratujmy Kobiety, zostałam Żywą Książką w Elblągu, pojechałam na Woodstock prowadzić warsztaty i być warsztatowaną oraz wzięłam udział w treningu dotyczącym Równości Płci w Armenii. Była to moja pierwsza wizyta na Kaukazie; oswoiłam się z nim i zdecydowanie planuję wracać!


W sierpniu szczecinowałam oraz wzięłam udział w kolejnym treningu, w ramach którego ponownie miałam szansę przespacerować się po Hamburgu oraz zobaczyć Berlin. Gościłam też znajomego amerykańskiego meksykanina w Gdańsku, dzięki któremu w końcu wzięłam udział w darmowym oprowadzaniu po mieście.

fot. Agata Skupniewicz
Wrzesień był protestacyjno-emigracyjny. Prawa kobiet nadal były zagrożone, ale mój udział w opozycji był krótkoterminowy- w drugiej połowie miesiąca wyjechałam do Leeds w Anglii by podjąć studia na kierunku Arabistyka i Rozwój Międzynarodowy.


Październik z listopadem były niesamowicie intensywne akademicko. Nauczyłam się bardzo dużo, zakumplowałam z moimi współlokatorkami oraz odwiedziłam Brighton (oraz przelotem Londyn i Sheffield).

W grudniu z przerażeniem stwierdziłam, że nie można się ruszyć z domu bez flagi, bo istnieje spora szansa, że będzie konieczność wzięcia udziału w spontanicznym proteście (chociaż drewniana łyżka i metalowy garnek dają radę). Spędziłam też moją pierwszą noc na lotnisku, odwiedziłam Toruń. Wydomowałam się i zebrałam energię na następny semestr zajęć w Anglii.


Plany na 2017?

Kuć. Zajmuje mi to masę czasu, ale podoba mi się, że robię to porządnie. Od lutego ruszamy również pełną parą ze studenckim Magazynem Praw Człowieka, do którego będę wybierać teksty.

Chciałabym jeździć więcej po Wielkiej Brytanii. Po egzaminach odwiedzam Taz w Newcastle upon Tyne, ciągle mam zaproszenie do oddalonego zaledwie o godzinę od Leeds Manchesteru. Kto wie, może jakimś cudem uda mi się nawet dotrzeć do Glasgow i Edynburga?

W kwietniu za to lecimy z Bułą do Grecji. To nasz pierwszy całkowicie niezależny i tak długi (chociaż tylko tygodniowy) wyjazd. Stres przekłuwam na planowanie; moja mama twierdzi, że nie dam rady spakować się wyłącznie w bagaż podręczny, więc mam też co udowadniać ;)

We wrześniu przeprowadzam się do Maroka. Hej, przygodo!

Chciałabym również poprawić tegoroczny wynik czytelniczy, który wynosi 20 książek (i tryliard rozdziałów literatury akademickiej).

Życzę sobie (i wszystkim, którzy rzucają tu okiem) roku, który będziemy wspominać z czułością. I oddolnej rewolucji, żebyśmy nie musieli już wychodzić na ulice.

<3 <3 <3

niedziela, 25 września 2016

Tydzień 1: przeżyłam.

Cały tydzień za mną, już nawet z hakiem.
Przeżyłam.
Jeszcze trzy takie i będę mogła powiedzieć, że pierwszy miesiąc z głowy.

Podobno pierwszy jest najgorszy, potem jest się już "u siebie".

Do trzech razy sztuka. Wydawać by się mogło (głównie mnie), że dobrze wiem z czym się je przeprowadzki za granicę, jednak za każdym razem mam wrażenie, że to akurat tutaj umrę przytłoczona nowością, odpowiedzialnością i nadmiarem informacji.

Niezależnie, czy pierwszy czy trzeci i tak gubię się w drodze do domu i prawie doprowadzam do łez wsiadając do złego autobusu.

(a potem zapominam jak mi było ciężko i pcham się do kolejnego kraju i w koło macieju)

Freshers' Week trwa w najlepsze. Nieustannie przypomina mi o tym dudniąca muzyka z dołu, zapach marihuany wlatujący przez okno (nie, nie jest tu legalna) i milion ulotek informujących o imprezach na które mnie nie stać (12 funtów za wejście do klubu? hahahahahajfhsdajgjaha)

Ale Freshers' oznacza również kupony na pizzę za funta, darmową kawę/herbatę, ciastka i poczucie, że nie będę musiała spędzać milionów żmudnych godzin z nosem w książkach (bo niezależnie czego się człowiek uczy, to czasami mu się nie chce).

budynek Student Union

Powoli orientuję się co, gdzie i za ile; mniej-więcej jestem w stanie ustalić jedzeniowy budżet, szukać tańszych opcji na rzeczy niezbędne lub bardzo ułatwiające cały nadchodzący rok szkolny. I już powoli mam wrażenie, że hej, nie taka ta Anglia straszna, można żyć tanio i przyzwoicie.

A potem idę popatrzeć na dwa najbardziej obowiązkowe podręczniki które są ode mnie wymagane i mam ochotę się rozpłakać, bo każdy z nich kosztuje więcej niż ten mój cholerny tygodniowy budżet jedzeniowy.

I cena tych książek staje się powoli osobną walutą.

"Kupiłam bilet do domu na Święta za połowę jednego podręcznika!" (11 grudnia, swoją drogą)

"Żyję w kraju w którym kupno używanego roweru kosztuje mniej, niż podręcznik!"

"Jeżeli będę pracować maksymalną liczbę godzin sugerowanych przez Uniwersytet, w tydzień uda mi się uciułać na podręczniki!"

UH. Prawdziwe życie.

Na fali nieustrukturyzowanego czasu poszłam też na spotkanie studenckiego klubu socjalistów (jestem zawiedziona), warsztaty (których główną wartością jest fakt, że zmuszają uczestniczącego do opanowania dojazdu na uczelnię i poznania kampusu) i na obowiązkowe spotkanie dotyczące roku za granicą, który jest "mocno zalecany" (tłumaczenie międzykulturowe: "lepiej nawet nie próbuj się z niego wymiksować") wszystkim studiującym język.

(słuchałam jednym uchem, bo nadal mam wrażenie, że wyrzucą mnie stąd po pierwszym semestrze i tyle będzie tego studiowania)

A w drugi już piątek na angielskiej ziemi, popołudniu... wyszłam z domu.

<oklaski>

Wydarzenie niszowe (i za darmo), otwierające obchody Bi visibility day, czyli Dnia widoczności osób Biseksualnych. Było czytanie poezji, była proza, były materiały audiowizualne, były też osoby z zeszłotygodniowej demonstracji. Omawiane problemy były zupełnie inne, niż te do których jestem przyzwyczajona, ale co się dziwić? Mieszkam teraz w kraju, który równość małżeńską z prawem do adopcji przyjął w 2002 roku i nikomu nie przebiega przez myśl kwestionowanie tego.

Grupa organizująca spotkanie skupiła się na widoczności osób biseksualnych (niespodzianka), ale po przejrzeniu dostępnych materiałów i posłuchaniu rozmów w kuluarach wydaje się, że działanie na rzecz akceptacji osób transseksualnych jest dużo wyżej na liście priorytetów. No, i pojawił się wątek poliamoryczny. Kurczę, więc to tak wygląda ta mistyczna Europa Zachodnia.


Potrzebując czasu dla siebie samej, postanowiłam wrócić do domu pieszo. I tak wyszło, że popodziwiałam widoki, a następnie zgubiłam się totalnie. Gubienie się jest rzekomo najlepszym sposobem poznania miasta, więc nie przejmowałam się tym aż do momentu gdy kolorowe obłoczki się pochowały i zaczęło się robić nieprzyjemnie chłodno.


Obrałam na cel jedyną osobę w okolicy i z przepięknym uśmiechem zagubionej obcokrajowczyni zapytałam o drogę w kierunku Uniwerystetu. Pytany otworzył szeroko oczy.

-Ale to jakieś pięćdziesiąt minut spaceru.
-Wiem. Wiesz, jak tam dojść?
-A może autobusem? Jakie autobusy tam do Ciebie jadą?

Wyciągnął telefon, gotowy googlować rzeczy. I wtedy się okazało, (co wnioskuje po klawiaturze na wyświetlaczu) że zupełnie nieświadomie zaczepiłam osobę, której pierwszym językiem jest arabski. Żuczek w mojej głowie przewrócił się na plecki i zaczął tarzać ze śmiechu, bo czy właśnie nie pomaga mi jedna z osób, przed którymi mnie ostrzegano, taka, której z założenia powinnam się bać? Gwałcą nasze kobiety itepe?

-Chyba 1... i 6...? Ale chętnie się przespaceruję. Wiesz w którym kierunku, tak mniej-więcej, jest Uniwerek?
-Tak mniej więcej, to tam- machnął ręką.- Ale to pięćdziesiąt minut...
-Tak, dzięki!

Pożegnaliśmy się uprzejmie, zostałam poprzepraszana za nieumiejętność niewiem czego, poprzepraszałam za kłopot (dostosowuję się kulturowo, widzicie!?) i ruszyłam.

Jakoś tak wyszło, że wylądowałam na głównej stacji autobusowej. I jakimś cudem udało mi się domyślić, czym i gdzie mam jechać.
(cudem nie ze względu na moje umiejętności nawigacyjne- jeżeli chodzi o komunikację miejską to są świetne- ale sposób działania Leedsowych autobusów)

Pamiętacie, że jakieś trzy akapity temu cieszyłam się wysokim poziomem rozwoju krajów Europy Zachodniej?

No, to generalnie zmieniłam zdanie.

Podróż zajęła mi milion godzin i zainspirowała mnie do dogłębnego zakwestionowania swojej obawy przed jazdą rowerem po prawej stronie ulicy oraz do stworzenia notki-narzekaczki o pieprzonych autobusach.
Już niedługo! ;)

Takie piękności w mojej okolicy. Przechodziłam obok kilkukrotnie, aż gdy w końcu postanowiłam zrobił zdjęcie, gospodarz akurat skądś wracał. Uśmiechnął się, pomachał mi, zaczęłam mu dziękować przez trawnik (znowuż: asymilacja kulturowa ;) ). Uszczęśliwiają mnie takie rzeczy.

niedziela, 31 lipca 2016

'I hope you live a life you're proud of. If you find you are not, I hope you have the strenght to start all over again.'- F. Scott Fritzgerald

Niektórzy latem leżą plackiem na plaży ciesząc się wakacjami, inni widząc, ile jest do zrobienia na świecie miewają wakacje nigdy. I mimo, że ciągły bunt jest wycieńczający, nie zamieniłabym poczucia dobrze spełnionego zadania na nic innego.    


Aktywizm nie tylko wpływa pozytywnie na moje poczucie bycia użyteczną, ale też pomaga patrzeć szarzej i głębiej, dużo uczy i rozwija. Ciągle zmusza do wyjścia ze strefy komfortu, ciągle pojawiają się nowe, trudne zadania-wyzwania, a ja ciągle udowadniam sobie, że mogę, że potrafię i że całkiem nieźle mi to wychodzi. 

W lipcu, poza masą ekscytujących rzeczy, byciem nazywaną Jehową, morderczynią, grożenia mi piekłem i porównywania do nazistów, miałam (początkowo wątpliwą) przyjemność reprezentowania Stowarzyszenia na rzecz Osób LGBT Tolerado na Woodstock'u. 

Dojechaliśmy w deszczu, targaliśmy toboły, dostawaliśmy sprzeczne informacje, nogi zapadały się w błoto, bałagan, alkohol, miałam ochotę wsiąść w auto i jechać prosto do domu. Moje kochane osoby  jednak postawiły mnie na nogi, znieczuliły, wyprzytulały, dostarczyły do namiotu i nakarmiły. I przez kolejne kilka dni robiłam swoją robotę, próbowałam nowych rzeczy i dawałam radę :)

Pracowali/łyśmy na stanowisku organizacji w namiocie Domu Bez Hejtu, rozdając gadżety, rozmawiając, edukując, dostając dużo pozytywnej energii, dużo wsparcia, wypisując pocztówki obcym ludziom, uśmiechając się od ucha do ucha, zwiększając naszą widoczność. 

Byli/łyśmy tam bardzo potrzebne i wykonały/liśmy kupę dobrej roboty.
"-Bo ja czuję się dyskryminowany, jako biały heteroseksualny mężczyzna bez niepełnosprawności.
-W jaki sposób uważasz, że jesteś dyskryminowany?
-Nie dostaję zasiłku. "
Ba-dum-tsss.

Ten pan jest naszym woodstockowym sukcesem, przybijam sobie piątkę myśląc o tych kilkudziesięciu minutach, które spędził przy naszym stoisku. 

Razem z B., prowadziłyśmy też warsztaty "wzmacniające dla społeczności LGBT i sojuszników". Trochę pluję sobie w brodę, że użyliśmy języka niewrażliwego na płeć (zupełnie zapomnieliśmy o "sojuszniczkach"), na swoją obronę powiem tylko, że zgłoszenie warsztatów wysyłałam piętnaście minut przed północą wyznaczającą deadline.
Włączanie osób wszystkich płci- do zapamiętania.

W warsztacie wzięła udział również osoba z Włoch, spędzająca swój EVS w Częstochowie (jak to się wszystko łączy, kurcze, no). Zmieniałyśmy się tłumacząc warsztat na angielski. 

Prosto z warsztatów przeniosłyśmy się na "Żywą Bibliotekę", która jest formą edukacji antydyskryminacyjnej. Osoby reprezentujące grupy mniejszościowe zostają "książkami", które "czytelnik" może wypożyczyć na okres około pół godziny, porozmawiać, zadać nurtujące pytania, poznać taką osobę, żeby następnym razem, gdy usłyszy "Białorusinka, "gej", "Muzułmanin", pierwszą rzeczą, którą zobaczy była twarz "książki", a nie stereotyp.

Była to moja trzecia Żywa Biblioteka, druga w której byłam książką i przekrój osób, do których dotarliśmy był troszkę inny, niż podczas akcji w Centrum Handlowym w Gdyni lub Bibliotece w Elblągu. Pierwsze pytanie, które zadał mi pierwszy czytelnik dotyczyło mojego życia seksualnego, drugie seksualnych reakcji kobiet. Najbardziej szokujące było to, że gość posługiwał się tak oklepanymi mitami, o których myślałam, że istnieją już tylko w sferze żartów. Całe szczęście, że ostatnio zainspirowałam się do zostania edukatorką seksualną i potraktowałam go jako sprawdzenie swoich sił na tym polu. Odniosłam (umiarkowane) zwycięstwo :)
Patrycja siedziała po mojej lewej, moja tabliczka leży za mną :)
Ponieważ działaliśmy w systemie zmianowym, poza pracą u podstaw mieliśmy sporo czasu wolnego, który razem z Łukaszem spędziliśmy głównie na warsztatach innych organizacji pozarządowych lub jedząc.

Wielokrotnie słyszałam, że na Woodstocku panuje atmosfera miłości, równości i wzajemnego wsparcia. Może dlatego, że przez zasadniczą część czasu byłam w 150% trzeźwa, może dlatego, że generalnie mam wysoki poziom spiny życiowej, a może po prostu dlatego, że jebitnie stałam jako reprezentantka kontrowersyjnego tematu- jakoś tego nie czułam. Chociaż to, że kilka razy ktoś mi powiedział, że powinniśmy się chować w domu, jest niczym z niechęcią, które budzili aktywiści Refugees Szczecin. 

Po wspólnym czytaniu literatury faktu wdaliśmy się z nimi w rozmowę- pierwszego dnia spotkali się z groźbą pobicia, krzyczano na nich każąc w wulgarnych słowach zwijać namiot. Przechodząc obok kilka razy słyszałam jak agresywnie rozmawiają z nimi festiwalowicze, jak napięcie buzuje, jak okropnie latają ad personam. Kurcze, może ta Woodstockowa miłość dotyczy tylko białych heteroseksualnych? Szkoda. 

Zdjęcia poniżej zostały wykonane przez Fundację Ocalenie podczas gry symulacyjnej dotyczącej uchodźstwa. Organizację polecam bardzo- osoby przy stoisku były cudowne, warsztaty przez nich prowadzone bardzo profesjonalne. 

Wracaliśmy z przerwą na grilla u taty A., na głaskanie kotków, na spacer po lesie, na wskoczenie do jeziora, na dwie i pół spiny zapiekankę, ciastka i dużo, dużo pozytywnej energii.

Pojechanie raz jeszcze: do przemyślenia.
Pojechanie raz w życiu: absolutny obowiązek. Kultowe wydarzenie. Must-be, must-see, must-survive. 

piątek, 27 maja 2016

"Jak się kocha życie, to łatwiej żyć." - Danuta Szaflarska

DOM. DOM. DOM.
W DOMU JESTEM.
Od lutego nie zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Po traumatycznych przeżyciach w Orbanistanie doceniam moje bycie w Trójmieście i cieszę się życiem. Wyszłam z ciemnego tunelu, trzasnęłam drzwiami, podziwiam ratusz na Długiej w późnych godzinach nocnych i chce mi się żyć.

Robię rzeczy. W tydzień tyle, co przez pięć miesięcy na EVSie.

Toleradotoleradotolerado, zorganizowałam Manifę, słuchałam wykładów, brałam udział w warsztatach antydyskryminacyjnych i innych, badałam się na HIV (bo mogę!), inspirowałam na Wymyślniku, wkurzałam się do granicy płaczu, a potem przekuwałam tę energię na działanie, gościłam osoby z wizyty studyjnej na spotkaniu informacyjne o Tolerado (przeżycie jedyne w swoim rodzaju, polecam), zdawałam egzamin, bywałam na rozprawach Kołakowskiej, oficjalnie sympatyzowałam z jedną z partii politycznych, kłóciłam się z autorytetami, chadzałam na wydarzenia, robiłam rewolucję, czytałam książkę od geografii. Matura napisana, dni równości zorganizowane.

Latoooo już tu prawie jest. Prawo jazdy, miliony projektów do aplikowania, stosy książek do przeczytania, lodów do zjedzenia, herbat do wypicia, stref NGO na festiwalach do siedzenia (tak, tak, tak, jadę na woodstock prowadzić warsztaty!), arabskich słówek do nauczenia, Armenii do zwiedzenia, psów do opiekowania, wystaw do pójścia, szkoleń do przeżycia, miłości do podzielenia się. <3 <3 <3


Dobrze mi jest. Gap year najlepszą z możliwych decyzji, mimo 5 miesięcy spędzonych jak w letargu.
#Szczęście.

środa, 17 lutego 2016

Mix Filmowy #1

Tytuł: "Na śmierć i życie" (ang. "Kill your darlings")
Reżyseria: John Krokidas
USA, 2013, 104 min.

Oprócz opowiadania historii początków beatników, cudownie nadaje się do obejrzenia jako uniwersalna historia młodych ludzi.
Poezja jako siła niszcząca, ale również budująca, wywołująca i odbijająca przemiany społeczne i próbę tworzenia nowych reguł rządzących światem.
Wystarczająco wciągający, by myśl "to Harry Potter" nie pojawiła się drugi raz, a widzowie nie wstawali z krzeseł jeszcze przez kilka minut po pojawieniu się napisów końcowych.


Tytuł: "Mój mi Marianna"
Reżyseria: Karolina Bielawska
Polska, 2015, 74 min.

Dosyć rzadko film dokumentalny (nawet, jak w tym przypadku, fabularyzowany) trafia do kin, jeszcze rzadziej, jeżeli mówimy o filmach rodzimej produkcji. Temu jednak udało się odbić sporym echem w środowiskach LGBTQ, szczególnie ze względu na fakt zejścia się w czasie premiery "Mów mi..." z projekcjami "Dziewczyny z portretu".

Marianna jest kobietą koło czterdziestki, której płeć przypisana przy urodzeniu nie jest zgodna z jej tożsamością płciową. Reżyserka, później przyjaciółka Marianny, podąża za bohaterką obserwując jej życie- pracę, randki, czas wolny, chodzenie do lekarzy i poddanie się jednej z operacji, której rezultat wywołuje szczery wybuch radości Marianny, ogrzewając również serce widza. Kamera nie opuszcza kobiety nawet po udarze, pokazując jej powolną rehabilitację i całkowite niewpisywanie się w stereotypowy obraz osoby transseksualnej.

Ciekawym zabiegiem było również przeplecenie scen pokazujących Mariannę w codziennych sytuacjach ze scenami czytania scenariusza sztuki teatralnej oraz z materiałami z jej domowego archiwum.

Było kilka momentów, w których scenariusz wydawał się kiepsko zbudowany, lub w których idee przedstawione przez postaci (jednego z lekarzy) spowodowały u mnie marszczenie brwi. Inne ujęcia z kolei były po ludzku (i przypadkiem) wzruszające.

Historia silnej kobiety, silnych związków, życia, w którym jest pod górę w każdym momencie.
A rząd nie podpisał ustawy o uzgodnieniu płci. Shame on you, rządzie.


Tytuł: "Lucyfer"
Reżyseria: Gust Van den Berghe
Belgia, Meksyk, 2014, 110 min.

Czasami zapominam, że nie lubię latynoamerykańskiego kina i skuszona opisami wydaję miliony pieniędzy na bilety. I w trakcie seansu nagle orientuję się, że w tym typie produkcji każda minuta ciągnie się jak godzina, wszystko dzieje się wolno, dialogi są rzadkie, dużo się nie dzieje. I siedzę zastanawiając się, czemu znowu się władowałam w coś takiego. I film się kończy, wyczołguję się z sali kinowej, i po dwóch, trzech dniach mam ochotę wysłać na niego WSZYSTKICH, bo mi się uklepał w głowie i jednak jest super.

"Lucyfer" już na pierwszy rzut oka wyróżnia się formą- zdjęcia są okrągłe (podobno deformujący obraz przyrząd stworzono specjalnie na potrzeby tej produkcji), co sprawia wrażenie oglądania bohaterów przez dziurkę od klucza lub lunetę.

W filmie na ziemię schodzi szatan. Szatan ze zgarbionymi plecami i przodozgryzem, trochę niepewny, trochę zagubiony. Trafia do cichego miasteczka u podnóża wulkanu, w którym dzieje się raczej nic (jeszcze bardziej NIC niż u mnie w Kecskemet) i... zaczyna mieszać. Nie po Hollywoodzku mieszać, z wybuchami i zwrotami akcji, ale powoli, w tempie kina Meksykańskiego. Jest motorem zmian, również powolnych, takich, które łatwo mogą umknąć i wyraźnie widać je tylko gdy porówna się ludzi z pierwszej minuty filmu, z tymi z ostatniej.

Nie wyobrażam sobie oglądanie "Lucyfera" w zaciszu domowym. Po dziesięciu minutach poszłabym po kanapkę i prawdopodobnie bardziej skupiła na jedzeniu niż na oglądaniu (pięknych) Meksykańskich lasów. Na samotny, wieczorny, powolny i nostalgiczny wypad do kina był idealny. Dla wytrwałych.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

"Nie wolno niczego nie robić tylko dlatego, że nie można zrobić wszystkiego."- Iwan Turgieniew

Zostało postanowione: wracam do domu!
Bilet kupiłam, 6 lutego rano wysiądę zgrabnie z pendolino, moje walizy uniosą się za mną i będę oficjalnie w domu, na czas wystarczająco długi, by chcieć znowu gdzieś wybyć, a na tyle krótki, bym jeszcze za Gdańskiem zatęskniła. Gdzieś w okolicach pół roku pobędę, taki jest plan, i trochę mnie przeraża każdy ze scenariuszy następujących po tym okresie.

 Od kiedy wiem, że wyjeżdżam pobyt w Kecskemet jest dużo milszy. Moja głowa wie, że już jej tu niedługo nie będzie, więc cieszy się jeżdżeniem na rowerze, piciem herbaty w barze w byłej synagodze (która jest przepiękna i będę o tym trąbić w każdym kierunku, zawsze), oglądaniem sztuki w Domu Kultury (której technika jest naprawdę niesamowita, w życiu czegoś takiego nie widziałam, piękne!), robieniem groźnej miny do Gabora, gdy opierając się o ladę w kuchni pozwala sobie na za dużo, tym, że okazało się, że ochroniarz w Centrum Dla Bezdomnych jednak coś czai po angielsku (i to całkiem nieźle, skoro był w stanie nazwać moją szefową diabłem), tym, że Anna wpycha mi słodycze i przytula niemalże matczynie za każdym razem, gdy mnie widzi.

Koordynatorzy z Budapesztu przyjechali z nami pogadać. Podzieliliśmy się na grupy, Felix rozmawiał z koordynatorką znającą niemiecki, ja z Leventem, Główny Boss Organizacji z naszą szefową. Nikt nie rozmawiał z naszym mentorem (i dobrze, bo biedny by chyba się zatrząsł na śmierć jak mały kurczaczek). Potem szefowa, GłównyBoss i koordynatorka usiedli z Felixem, żeby sobie wyjaśnić, jakie ma uwagi. Felix tylko się zastanawia, jak tu spieprzyć do Budapesztu, więc ich burza mózgów interesowała go tyle, co ich obchodziły moje obserwacje na temat chorego systemu zarządzania organizacją. Cóż, najwyraźniej decydując się na wyjazd tracę prawo do mojego zdania będącego wysłuchanym. Tracą, powiem szczerze.

I odbyło się drugie spotkanie grupy LGBT, obejrzeliśmy jeden z moich najulubieńszych filmów, tym razem w całości po węgiersku (tutaj wszystkie filmy się dubbinguje), dyskutowaliśmy, co by tu zrobić w miejscowości wielkości Dąbrowy Górniczej by walczyć z heteronormą, poszliśmy na kawę i czekoladę i jedzenie. I było super, Eszter tłumaczyła jak szalona, żebyśmy wszyscy się zrozumieli, wszyscy podniesieni na duchu po niesamowitej historii z filmu i ciekawych perspektywach.
Usłyszałam, że jestem superodważna, bo tak za granicę pojechałam i tak otwarcie się angażuję w ten typ działalności, w domu, tutaj, wszędzie.
W żadnym wypadku nie myślę o sobie w tych kategoriach, więc tylko się uśmiechnęłam i ładnie podziękowałam.
Zmieniliśmy temat, rozmawialiśmy o Paradach. Planuję wrócić do Budapesztu latem, na BudapestPride, czym podzieliłam się z grupą (było nas 6, na spotkaniu 7). Eszter przybiła mi wzrokową piątkę, a potem przetłumaczyła coś, co powiedziała jedna z kobiet. A powiedziała, że kiedyś, dawno była na Paradzie, gdy leciały w ich stronę kamienie. Ale że w ciągu ostatnich kilku sezonów się tam nie pokazywała, bo boi się, że rozpozna ją ktoś z pracy, tam lub na zdjęciach, i zostanie zwolniona.
Oburzyłam się strasznie, że co to ma być, Unia Europejska, prawo, dyskryminacja!
Eszter popatrzyła z politowaniem, Maria, toć nikt jej nie zwolni za orientację. Znajdzie się inny powód.

I wtedy popatrzyłam w moją czekoladę i musiałam odczytać z niej jakieś mądrości, bo nagle mnie olśniło.
Olśniło mnie, że te dwie kobiety, co przyjechały razem, weszły razem, siedziały razem, to nie kumpelki, tylko partnerki. Możliwe nawet, że prawnie też (Węgry umożliwiają zawieranie związków partnerskich), a jednak żyją w takim środowisku, w którym nie okazują sobie żadnych uczuć publicznie.
A na Węgrzech uczucia publicznie swoim partnerom okazuje się zdecydowanie bardziej, niż w Polsce. Ludzie się dotykają ciągle, trzymają sobie za ręce, obcałowywują po środku chodnika, osoby w wieku moich rodziców siadają sobie w parkach na kolanach, to jest kulturową normą.
A jednak przez cztery godziny spotkania laski zachowywały się, jakby pomiędzy nimi był wielki balon.
Aż mi się przypomniał Białystok, gdzie przeżyłam pierwszy szok tego typu.
I zatęskniłam za Misiorami, które są najuroczsze na świecie, i za Gdańskiem, i za Tolerado  i w ogóle, za lewactwem całym, już w większości zbudowanym i gotowym mnie ugościć w wymoszczonym ciepełku, zorganizowanymi festiwalami, marszami, pokazami.

Więc następnego dnia w sobotę (16.01), po zbesztaniu samej siebie za zostawienie wszystkich możliwych flag w Gdańsku, zapakowałam Eszterską flagę, kupiłam w sklepie dwie kolejne i wylądowałam z Taz pod ambasadą Polski, biorąc udział w zorganizowanej przez Węgrów manifestacji antyOrbańsko-Kaczyńskiej. Było super.
by Erzsébet Berta (przeurocza starsza Pani z aparatem i niezłą pompą)
by Erzsébet Berta
Arkadiusz- twarz Polskiego LGBT na Węgrzech
Wszystkie zdjęcia poniżej zostały wykonane przez Erzsébet Bertę.
DEMOKRACJA. Poniżej po węgiersku: jesteśmy z Wami.
A na rozgrzewkę poszliśmy (również z Georgiem z Niemiec, który zdążył akurat na pożegnalnie grający hymn) do kawiarni wyglądającej w środku jak domek na drzewie, i na naleśniki, które zamówiliśmy w ilości "do dzielenia się" (jeju, jak dawno nie kupowałam jedzenia, żeby się nim dzielić!) i robiliśmy dużo rzeczy, które chciałabym robić nie od wielkiego dzwonu, tylko często. 
I dlatego wracam do domu. I już mi trochę tęskno do widoku Parlamentu i do międzynarodowego towarzystwa, ale co się odwlecze...