Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 czerwca 2017

Wielka Brytania: Liverpool

Miasto Beatlesów, Europejska Stolica Kultury 2008, jedna z (byłych) największych metropolii Imperium Brytyjskiego, wierzchołek handlu trójkątnego pomiędzy Afryką, Amerykami a Europą.

Poszarzała od angielskiego późnokwietniowego odchorowywania zimy przestrzeń goszcząca podczas samotnej ucieczki z mieszkania ociężałego presją ostatnich dwóch tygodni zajęć.

Liverpool.

Czas spędzony pomiędzy łapaniem się za głowę, że jak to tak, można znać angielski bardzo dobrze, biegle niemalże, a Szkotki w pokoju hostelowym nie rozumieć ani troszkę, a chodzeniem z mapą i przewodnikiem- w życiu czasami potrzeba trochę struktury.

1. Albert Dock
Pierwsza konstrukcja w Wielkiej Brytanii zbudowana z żelaza i cegieł, bez oparcia na drewnianej strukturze. Idealny do popatrzenia na fale, centrum muzealno-spacerowe.



2. Międzynarodowe Muzeum Niewolnictwa
Umiejscowiony bardzo nieprzypadkowo w Doku Alberta. Sprawiedliwie opowiada nie tylko o samym niewolnictwie, ale też o niektórych z kultur Afryki Zachodniej, o rasizmie w przeszłości i obecnie oraz poświęca znaczącą część wystawy na pokazanie współczesnych kulturowych fenomenów, które są efektami mieszania kultur afrykańskich i północno- i południowoamerykańskich. Wyglądając przez okno z trzeciego piętra nietrudno wyobrazić obie statek kołyszący się na falach, przywożący ukradzione dobra. 


3. China Town
Niby typowe, a jakoś zawsze cieszy tak samo.



4. Katedra w Liverpoolu (Liverpool Cathedral)
Największa w Wielkiej Brytanii, piąta pod względem wielkości na świecie. Neogotycka, czyli trochę oszukana- stylizowana na średniowieczne, ukończona gdy moi rodzice byli już na świecie. 
Monstrualna, ogromna. Dostępna do zwiedzania również w czasie trwania liturgii (anglikańskich), podczas których śpiew chóru i muzyka organowa potęguje poczucie maleńkości. 
Oprócz tego w środku znajdują się również sklep z pamiątkami i kawiarnia. Zbijanie kapitału z pamiątek na utrzymanie kościoła można usprawiedliwić darmowym wejściem i toaletami.

(nigdy nie przyszło mi do głowy, że w kościołach generalnie powinny być ogólnodostępne toalety. powinny być)



5.  St Jamesa Cementary
Park miejski za Katedrą. Troszkę jak w innym świecie, troszkę jak na pikniku.



6. Archikatedra w Liverpoolu (Katedra #2)
Na wypadek, gdyby komuś nie przypadły do gustu wysokie, kamienne łuki sufitów i organy, do wyboru ma namiotowo-wigwamową katedrę katolicką, w niemalże klubowym niebiesko-zielonym światłem, ołtarzem wyglądającym jak podest dla DJ'a i sztuką nowoczesną w kaplicach. 



7. World Museum
Z tabliczkami "prosimy dotykać", ogromnymi strefami do odkrywania rzeczy, masą rodzin, które razem spędzały dzień wolny od pracy. Mimo dostępności i zrozumiałości dla dzieci, nadal intelektualnie stymulujące dla dorosłych. No, i robale. Dużo i żywe. 


8. Tate
Według przewodnika "przez znawców uznawana za świątynię współczesnej sztuki północy". Ja nie jestem znawczynią, więc kilka razy brakowało mi współtowarzysza/ki wycieczki, bo jakoś fajniej się śmieszkuje we dwoje. 



9. I wiele wiele innych 

sobota, 11 marca 2017

Wielka Brytania: Stonehenge (i Salisbury, nie zapominać o Salisbury!)

Powiedzieć, że nie przepadam za zorganizowanymi wycieczkami byłoby niedopowiedzeniem. Nie znoszę tego całego wysypywania się z autokaru, wyrwania poszczególnych przystanków z kontekstu, ani chwili samotności, ciągłe patrzenie na zegarek ile mi jeszcze zostało czasu, bo przecież przewodnik i grupa będą źli, że musieli czekać... Staram się ich unikać jak tylko mogę.

Czasami jednak dostanie się do jakiegoś miejsca byłoby tak uciążliwe i czasochłonne, że dużo bardziej kalkuluje się przewieźć pupę tam i z powrotem w klimatyzowanym autokarze.  

Tak też było w przypadku kamiennego kręgu Stonehenge. Mogłam wziąć udział w jednodniowej wycieczce do kamiennego kręgu i miejscowości wypadowej bez zbyt dużego wysiłku, lub wypruć sobie żyły szukając noclegu w moim przedziale cenowym. Zweryfikowałam informacje i gdy upewniłam się, że organizacja liczy sobie naprawdę niewiele ponad cenę którą zapłaciłabym za indywidualny bilet do Stonehenge i transport z Salisbury do Kręgu, zdecydowałam się pojechać. I to była zdecydowanie dobra decyzja.


Wpisane na listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO, zmyślnie ustawione przed 5000 laty kamienie, zakaz odprawiania rytuałów New Age w pobliżu Kręgu oraz trzepanie grubych milionów funtów na sklepie z pamiątkami. Dokładnie wytyczona ścieżka, przystanki audioprzewodnika (można pobrać darmową aplikację na telefon komórkowy), gwar, ścisk. Tyle byłoby z tej nierozwiązanej tajemnicy, mistycyzmu i magicznej atmosfery.


Do samego stojącego pośrodku pola kręgu można podjechać autobusem wahadłowym z Informacji Turystycznej co trwa kilka minut lub przejść się pieszo, co szybkim krokiem zajmuje kilkanaście i było moją ulubioną częścią zwiedzania.


Oddalone o 15 kilometrów Salisbury jest za to 45 tysięcznym miasteczkiem, znanym głównie z połączenia autobusowego do Stonehenge dość widowiskowej średniowiecznej katedry. Niesamowitości dodaje jej fakt, że była wybudowana w przeciągu niecałego pół wieku (bez wieży, która została doczepiona sto lat później), ale gdyby koniecznie chcieć się doczepić, można byłoby wypunktować nieudolność budowniczych, którzy postanowili wykopać fundamenty na niecałe dwa metry w głąb ziemi, przez co budowla przechyliła się o pół metra, a od 200 lat miasto i ekipa inżynierek/ów walczy o jej odratowanie.


Oprócz katedry na uwagę zasługuje na pewno starówka miasteczka- jedna z takich na których można spotkać się na kawę, popatrzeć na ładne budynki, powystawiać buzię do słońca, ponarzekać na turystów (ale to przywilej mieszkańców!), powchodzić do malutkich sklepików... Starówki brakuje mi bardzo w przemysłowym Leeds, starałam się więc naładować akumulatory jedząc zapakowany lunch na ławce w widokiem na katedrę.

Wszechświat trzymał tego dnia moją stronę, świeciło słońce (brak deszczu nauczyłam się odbierać jako żarcik losu, żebym tylko nie wzięła parasola), było wyjątkowo ciepło nawet jak na Anglię zimą, a Salisbury jest naprawdę godne polecenia.

czwartek, 2 marca 2017

Sceny rodzajowe #3

Drugi semestr zaczął się dokładne miesiąc temu, a ja nie jestem pewna czy bardziej czuję się jakby trwał dopiero tydzień, czy raczej całe życie. W moim planie lekcji nastąpiła dramatyczna zamiana Początkującego Arabskiego 1 na Początkujący  Arabski 2 oraz Tworzenia Współczesnego Świata na Wyzwania Światowego Rozwoju (które raczej powinny mieć w nazwie coś z plakatem bo fakt, że będziemy przygotowywać plakat na częściowe zaliczenie był powtarzany tak często i z taką ekscytacją, że śni mi się po nocach). Życie płynie spokojnym uczelnianym rytmem, tylko nagle czasu mam jakby więcej w tym semestrze...

... więc biegam po demonstracjach...


... i raz na jakiś czas rzucam przemówieniem ze sceny podczas wydarzeń związanych z wkładem imigrantów i imigrantek w życie Wielkiej Brytanii. Podczas ogólnokrajowego "Dnia Bez Nas" na demonstracji spotkałam wykładowców i wykładowczynię z Katedry Arabistyki, Islamistyki i Studiów Bliskowschodnich. Tego dnia miałam też odwołane wykłady i ćwiczenia, Wydział Języków, Kultur i Społeczeństw rozesłał również ogrom wspierających maili.

"Jestem dziś tym, czym Twoi przodkowie byli wczoraj."

***
Lepsze zarządzanie czasem pozwoliło mi również zaangażować się w EasternSpaces (Wschodnie Przestrzenie), magazyn studencki o tematyce szeroko pojętej Europy Środkowo-Wschodniej, Rosji i Azji Centralnej. Do poczytania jestem TUTAJ.
***
Wszystkie osoby poniżej dwudziestego piątego roku życia mieszkające na Wyspach mają prawo do darmowego dostępu do prezerwatyw i koferdam. Wiek deklaruje się słownie, tak samo połowę kodu pocztowego i status związku, po czym otrzymana od ręki plastikowa karta uprawnia posiadacza/kę do otrzymania dwunastu wybranych dóbr sześć razy, po czym należy ją odnowić (w teorii, w praktyce mignęły mi jakieś automaty wydające prezerwatywy na krzywy uśmiech, a co przychodnia to coraz liberalniejsze reguły).

Antykoncepcja wszelaka dostępna jest również bezpłatnie na tutejszy NFZ.

Tak więc żyję sobie teraz w państwie, w którym możliwość kontrolowania rozrostu swojej rodziny jest uznawana za prawo człowieka i z przerażeniem obserwuję poniżające traktowanie Polek przez władzę w ich własnym kraju. Wstyd.

*** 
Dziwię się ciągle temu, że w supermarketach można znaleźć telefony opłacone przez firmy taksówkarskie w celu zapewnienia (płatnej) podwózki obładowanym zakupowiczom.


***
W tłusty czwartek próbowałam rozpieścić się wielką paką czipsów i tęskniłam do porządnych pączków z dżemem różanym. Niedługo było mi przykro, już następnego dnia zamiast umartwiać ciało i duszę świętowałam Dzień Niepodległości Kuwejtu opychając się po uszy kuwejckimi słodyczami. Wprowadziłam w stan cukrowego upojenia, tupałam nóżką do muzyki na żywo i gdyby było chociaż trochę cieplej, naprawdę mogłabym poczuć się jak na Bliskim Wschodzie (głównie dlatego, że wszyscy mówili dużo i szybko w języku, który desperacko chcę rozumieć). Ale na to jeszcze przyjdzie czas :)

***
Nowy semestr, nowe my- po Nowym Roku Ursa wróciła do Słowenii, a na jej miejsce wprowadziła się do nas Areesa z USA oprószając mieszkanie akcentem z Baltimore, szynką halal i wspólnym wywalaniem oczu na niezadowalającą głębię dyskusji na ćwiczeniach. Pasuje nam do zespołu w mieszkaniu. :)

wtorek, 7 lutego 2017

Wielka Brytania: Newcastle (upon Tyne)

Podróżowanie zimą jest dosyć specyficzne i raczej nie moje ulubione. Niezmiennie jednak ładuję się w nowe miejsca nawet wtedy, gdy rozum podpowiada, że najlepiej byłoby mi w domu pod kocem. I tak, niemalże pełny rok po tym gdy marzłyśmy razem w Wiedniu i piłyśmy ciepłe mleko w Budapeszcie, spotkałam się z Taz w jej rodzinnym Newcastle. Zima w Anglii jest jakaś mniej zimowa niż w Europie Środkowo-Wschodniej, co ani trochę nie przeszkadzało nam zmarznąć.


Miałyśmy do dyspozycji darmowy nocleg w hostelu organizacji w której działa Taz, w miasteczku obok Newcastle. I wiecie co? Był nad zatoką! Zupełnie niespodziewanie udało mi się napatrzeć na morze <3


Zupełnie przypadkiem weekend który spędzałam w Newcastle był "weekendem restauracji" i mogłyśmy najeść się po uszy za przystępną cenę. Razem z grupą znajomych Taz opychaliśmy się burgerami, a mi było tak wesoło jak potrafi być tylko w podróży, nawet jeżeli jest tylko weekendowa i to tego blisko domu. Świeżo po egzaminach (w piątek w południe zdawałam ustny arabski, wieczorem świętowałam w Newcastle), bez absolutnie niczego do przygotowywania na kolejny tydzień.

Newcastle i Gateshead to dwa osobne miasta rozdzielone wyłącznie rzeką Tyne, przez co Gateshead jest dosyć często traktowane jak część Newcastle. Jego najbardziej rozpoznawalnym miejscem jest wzgórze na którym stoi Anioł Północy (Angel of the North), mierząca 20 metrów i ważąca 200 ton stalowa rzeźba, przedstawiająca (chyba wyłącznie według Artysty) Anioła. Symbol to symbol, pojechałyśmy odhaczyć go na naszej liście turysty.

(czyżby dwie stalowe rzeźby nowoczesne na jednym zdjęciu? ;) )
Ja- w fioletowym płaszczyku na drugim planie- nie sięgam Aniołowi nawet do pół łydki.
Jedną z zalet spędzania czasu z "miejscowymi", czy to w mieście, czy w kraju, jest ich znajomość niemalże kultowych miejsc z jedzeniem. I tak, po wywołaniu zdziwienia faktem niezaznania pączków w jakiejś konkretnej sieciówce, zostałam zawieziona prosto do najbliższej kawiarni. Dostałam czapeczkę, bon na 12 pączków gratis, gdy za 12 zapłacę i, nie dajcie się oszukać tym niewinnie wyglądającym maleństwom, zasłodziłam się na cały najbliższy tydzień!


Newcastle dosłownie oznacza "Nowy Zamek". Co więcej, w centrum miasta znajduje się średniowieczny zamek, który... również nazywa się Nowym Zamkiem. To właśnie od niego miasto przyjęło swoją nazwę. To ta budowla sprawiła mi najwięcej frajdy- część otwarta dla zwiedzających jest prawdziwym labiryntem, w którym można zejść w wytyczonej ścieżki i zaplątać się w korytarzach trafiając na ukryte ciekawostki historyczne. 


Północ Anglii i jej południe różnią się od siebie diametralnie (niektórzy twierdzą nawet, że podział jest tak silny, że przypomina dwa różne kraje). Z perspektywy turystki, jedną z rzucających się oczy różnic jest postindustrialna brzydota północy, wynikająca z leżących tu złóż żelaza i węgla które pozwoliły na rozwój przemysłu ciężkiego (zanim się okazało, że surowce można pozyskać za taniej zniewalając pół świata). Północ ma swój urok, ale do pełnego zachwytu jeszcze mi daleko.

"Nurkowie. Uprasza się o bycie dyskretnym przy rozbieraniu się."

czwartek, 19 stycznia 2017

Sesja w Anglii, czyli jak zadbać o studenta.

Dwanaście lat edukacji przeżyłam w przemocowym systemie, w którym PaniOdChemii bezkarnie poddawała się czerpaniu przyjemności z doprowadzania kogoś do płaczu, a PanOdPO wydzierał się, pastwił i mówił rzeczy niebywale seksistowskie. Bo mógł.

Przeżywam sobie niektóre sceny w głowie raz jeszcze (te od wczesnej podstawówki aż do tej połowy liceum w której statusem Złotego Dziecka zdobyłam prawo opuszczania połowy lekcji oraz nauczyłam się, że cała szkoła może mi co najwyżej naskoczyć), tym razem odpyskowywując pedagogom używając mądrych słów lub trzaskając drzwiami i zgłaszając ich zachowanie Rzecznikowi Praw Obywatelskich.

Niezależnie od oceanu niezgody na istnienie polskiego systemu edukacji, który mam teraz w sobie, oduczenie się mechanizmów obronnych zapewniających przetrwanie w takiej strukturze, opuszczenie gardy, jest procesem niezmiernie powolnym, związanym z poczuciem ciągłego zagrożenia i zdziwienia.


Że jak to, wyniki nie są czytane na forum klasy?


Że jak to, wykładowca znajdzie czas poza swoimi godzinami pracy, żeby mi coś wytłumaczyć?


Że jak to, mogę zadać banalnie proste pytanie i dostanę odpowiedź nieopatrzoną komentarzem, że gdybym słuchała wcześniej, to bym wiedziała?


Że jak to, wykładowczyni sama przypomina nam, że po to ma maila, żebyśmy przed sesją zadawali jej pytania?


Że jak to, cała struktura uniwersytetu jest po to, żeby mi pomóc, a nie przeszkodzić?


Szczyt niedowierzania osiągnęłam przed sesją, gdy okazało się, że Zrzeszenie Studentów (Student Union) we współpracy z Uniwersytetem zaproponowało i wprowadziło rozwiązania, które dodatkowo mają nam ułatwić przygotowanie do egzaminów. Poniżej przedstawiam niektóre z nich.

1. Przedłużenie czasu działania bibliotek
Na kampusie są cztery biblioteki dostępne dla studentów (czyli ponad 3600 miejsc do pracy indywidualnej i grupowej) z których trzy w czasie semestru otwarte są od 8 rano do północy. Podczas sesji jedna z nich otwarta jest przez 24 godziny, 7 dni w tygodniu. Czemu? "Ponieważ wiemy, że nie wszyscy studenci pracują najlepiej w tym samym trybie."

"Bieżąca ilość miejsc zajętych przez rzeczy, nie ludzi: 61. Jeżeli musisz opuścić bibliotekę na ponad 30 minut, weź swoje rzeczy ze sobą. Szukasz miejsca? (lista nowych miejsc do nauki)"

2. Przedłużenie czasu działania... wszystkiego
Wolisz się uczyć w miejscu, w którym można jeść? No problem, przestrzeń stołówkowa w budynku Zrzeszenia jest otwarta do 3 rano. Zapewnia również darmowe przekąski i napoje.

3. Lampy antydepresyjne.
Czujesz, że masz za mało witaminy D i najchętniej poleżałbyś na plaży? Nic prostszego. Wpadnij do Kawiarni Światła posiedzieć koło lampą antydepresyjną żeby odpocząć przy muzyce relaksacyjnej, wypić coś ciepłego i wziąć udział w warsztatach z jogi, uważności, medytacji, ogrodnictwa lub pokolorować kolorowankę. Zrelaksowany student to produktywny student.

4. Dogoterapia
Nic tak nie poprawia humoru jak przytulenie się do pieska, szczególnie, jeżeli tęsknisz za swoim zwierzakiem. Na zapisy, za darmo. Miejsca wychodzą w ciągu mrugnięcia okiem.

5. Darmowe śniadania
Głowa pracuje lepiej, gdy jest się najedzonym. W dni robocze od 8 do 9 rano na kampusie można dostać darmową kanapkę z bekonem, kiełbaską, wegetariańską kiełbaską lub owsiankę.

6. Centrum Doradztwa i całodobowy telefon wsparcia
Działające przez cały rok i zajmujące się wszystkim od problemów akademickich i radzenia sobie ze stresem, przez płacenie podatków, aż po informacje gdzie można znaleźć darmowe prezerwatywy.

7. Festiwal Zdrowia i Dobrego Samopoczucia
A na kopa cały semestr, już po egzaminach, odbywa się jednodniowy festiwal podczas którego można wziąć udział w zajęciach z jogi, dostać darmowe obcięcie włosów, zobaczyć demonstrację wegańskiego gotowania, potańczyć z rana i wiele więcej.

W ciągu dwóch tygodni podeszłam do czterech z pięciu przykazanych egzaminów. Gdy zaczynał się pierwszy, dopiero lądowałam 130 kilometrów od Leeds po tym, gdy mój "lot z bezpiecznym zapasem czasu" z Gdańska został odwołany. Spędziłam dodatkowe trzy dni pławiąc się w rodzicielskiej (i nie tylko) miłości, korzystając z rodzicielskich (tylko) zapasów żywnościowych, odkrywając uroki podróżowania bydgoską PESĄ, zwiedzając dworzec kolejowy Łodzi i myśląc, dokąd się zabiorę, gdy już napiszę mądre odpowiedzi na mądre pytania...

niedziela, 1 stycznia 2017

Okruchy 2016.

Zaletą świętowania Nowego Roku i urodzin tego samego dnia jest to, że tylko raz w roku siadam i dobitnie przemyśliwuję minione 12 miesięcy. Raz, ale dobrze, zamiast rozdrabniać się na drobne.

Patrząc na stan w jakim rozpoczęłam ten rok, nie pomyślałabym, że okaże się tak wartościowy, intensywny i najnormalniej w świecie przyjemny.

W styczniu wróciłam do Kecskemet z przerwy świątecznej, chociaż miesiąc wcześniej mój "mentor" przebąkiwał, że "szefowa nie będzie zadowolona, że bierzesz tyle wolnego". Na szczęście mój mózg dał radę totalnie zignorować zaczepkę i przez kilkanaście dni w domu wyszłam z letargu oraz poukładałam sobie kilka rzeczy w głowie. Próbowałam rozwiązać sytuację w miejscu pracy po raz ostatni, aż w końcu machnęłam ręką. Olgowe "Maria, Ty wcale nie musisz tam być" do dzisiaj dzwoni mi w uszach jak największy budzik świata. Na szczęście nigdy później nie potrzebowałam go aż tak bardzo.

W tym miesiącu udało mi się również zobaczyć Wiedeń i Bratysławę, oraz spędzić kilka pięknych dni w Budapeszcie.

W lutym, po miesiącach próśb, gróźb i błagań, ostatecznie rzuciłam Wolontariat Europejski. Nauczyłam się tam wielu rzeczy- pierwszy raz mieszkałam sama, stałam się asertywna, mniej naiwna, nauczyłam się walczyć o swoje i nie bać się nakrzyczeć na osobę, której nieudolność robiła mi krzywdę. Z perspektywy roku myślę też, że najważniejszą lekcją było odkrycie trudności opuszczenia przemocowej sytuacji- nie fizycznie (mogłam wskoczyć w najbliższy pociąg), ale właśnie mentalnie, emocjonalnie- pozbycie się poczucia, że jestem im coś winna, że przesadzam (doświadczyłam takiego gaslightingu, że do dzisiaj mnie telepie gdy o tym pomyślę), że może powinnam spróbować raz jeszcze było chyba najtrudniejszą rzeczą w moim życiu.


Marzec i kwiecień upłynęły pod znakiem intensywnej pracy aktywistycznej w organizacjach pozarządowych, mniej intensywnej nauce do matury, szkoleniu się, leczeniu duszy, czytaniu, piciu herbat, otwieraniu się na nowe znajomości i pomysły.


Maj przyniósł zakończenie zmagań z arkuszami maturalnymi oraz zwieńczenie największego projektu nad jakim kiedykolwiek pracowałam- Trójmiejskiego Marszu Równości 2016 oraz Tygodnia Równości.


W lipcu działałam przy Ratujmy Kobiety, zostałam Żywą Książką w Elblągu, pojechałam na Woodstock prowadzić warsztaty i być warsztatowaną oraz wzięłam udział w treningu dotyczącym Równości Płci w Armenii. Była to moja pierwsza wizyta na Kaukazie; oswoiłam się z nim i zdecydowanie planuję wracać!


W sierpniu szczecinowałam oraz wzięłam udział w kolejnym treningu, w ramach którego ponownie miałam szansę przespacerować się po Hamburgu oraz zobaczyć Berlin. Gościłam też znajomego amerykańskiego meksykanina w Gdańsku, dzięki któremu w końcu wzięłam udział w darmowym oprowadzaniu po mieście.

fot. Agata Skupniewicz
Wrzesień był protestacyjno-emigracyjny. Prawa kobiet nadal były zagrożone, ale mój udział w opozycji był krótkoterminowy- w drugiej połowie miesiąca wyjechałam do Leeds w Anglii by podjąć studia na kierunku Arabistyka i Rozwój Międzynarodowy.


Październik z listopadem były niesamowicie intensywne akademicko. Nauczyłam się bardzo dużo, zakumplowałam z moimi współlokatorkami oraz odwiedziłam Brighton (oraz przelotem Londyn i Sheffield).

W grudniu z przerażeniem stwierdziłam, że nie można się ruszyć z domu bez flagi, bo istnieje spora szansa, że będzie konieczność wzięcia udziału w spontanicznym proteście (chociaż drewniana łyżka i metalowy garnek dają radę). Spędziłam też moją pierwszą noc na lotnisku, odwiedziłam Toruń. Wydomowałam się i zebrałam energię na następny semestr zajęć w Anglii.


Plany na 2017?

Kuć. Zajmuje mi to masę czasu, ale podoba mi się, że robię to porządnie. Od lutego ruszamy również pełną parą ze studenckim Magazynem Praw Człowieka, do którego będę wybierać teksty.

Chciałabym jeździć więcej po Wielkiej Brytanii. Po egzaminach odwiedzam Taz w Newcastle upon Tyne, ciągle mam zaproszenie do oddalonego zaledwie o godzinę od Leeds Manchesteru. Kto wie, może jakimś cudem uda mi się nawet dotrzeć do Glasgow i Edynburga?

W kwietniu za to lecimy z Bułą do Grecji. To nasz pierwszy całkowicie niezależny i tak długi (chociaż tylko tygodniowy) wyjazd. Stres przekłuwam na planowanie; moja mama twierdzi, że nie dam rady spakować się wyłącznie w bagaż podręczny, więc mam też co udowadniać ;)

We wrześniu przeprowadzam się do Maroka. Hej, przygodo!

Chciałabym również poprawić tegoroczny wynik czytelniczy, który wynosi 20 książek (i tryliard rozdziałów literatury akademickiej).

Życzę sobie (i wszystkim, którzy rzucają tu okiem) roku, który będziemy wspominać z czułością. I oddolnej rewolucji, żebyśmy nie musieli już wychodzić na ulice.

<3 <3 <3

piątek, 9 grudnia 2016

'I want enough time to be in love with everything.' - Marina Keegan

Od ostatniego posta zdecydowanie łatwiej szło mi ogarnianie uczelni- w bitwie ja vs własna głowa odniosłam porażający sukces i rzeczona głowa musiała zaakceptować, że będę kontynuować wtaczanie w nią obco brzmiących wyrazów niezależnie od tego czy mi to ułatwi czy nie i wywiesiła białą flagę.

Dzięki temu (i troszkę też temu, że zaakceptowałam brak sensu w treściach przekazywanych na Politics, Culture and Society) miałam czas żeby wyjść z domu na grupowe spotkanie towarzyskie (raz, przy czym wróciłam do domu o północy ponieważ jestem leszczem i koniecznie chciałam iść na ćwiczenia rano), skoordynować pożegnalny obiad jednej z moich współlokatorek, rozkleić masę ulotek dotyczącą Licencjackiego (?) Magazynu Praw Człowieka (Undergraduate Human Rights Journal) na kampusie
oraz pójść na warsztaty z kreatywnego pisania z rekordzistą Guinnessa w największej ilości sylab wyrapowanych w minutę.


Powoli wkręcam się w Grupę Solidarności z Palestyną (Palestine Solidarity Grouop), szukam innych możliwości zaangażowania się i odkrywam, że nadal mam część mózgu odpowiedzialną za aktywizm. Jedna ze skrajnie homofobicznych organizacji pozarządowych miała czelność zbierać pieniądze w Unii Studenckiej. (Ich) pech chciał, że akurat szłam na darmową kawę i ploteczki do Grupy LGBT. Uh, kocham trochę przekładanie buzującej złości na skuteczną reakację.


***

Koniec semestru! Leżę w łóżku akademiku, jem libański odpowiednik pizzy (to okropne multikulti!), słucham jak pada deszcz i czytam nieakademicką książkę, podczas gdy moje ciało przechodzi uczelniany detoks. Nadzieja, że uda mi się odzyskać zakończenia nerwowe stracone przez wielogodzinne ślęczenie przy biurku wydaje jednak dość złudna- zaraz po przerwie świątecznej zaczynam sesję, co zostawia mnie z perspektywą przekopywania się przez sterty notatek dotyczących tendencji krajów postkolonialnych do przyjmowania ustroju socjalistycznego i tony wyjątków od tworzenia liczby mnogiej w arabskim. Najprawdopodobniej gdzieś pomiędzy barszczykiem a pierogami. I nagle cztery tygodnie wolnego wydają się zbyt krótkie, by odpocząć i wszystko odpowiednio przygotować.

Ale nie zrozumcie mnie źle- socjalizm krajów postkolonialnych kręci mnie jak kołowrotek i trochę muszę ponarzekać, ale jest mi w tej chwili tak spełnienie w życiu, że to aż nierealne.

[miejsce na żenujący, coachingowy cytat o zmierzaniu na szczyt i pokonywaniu przeciwności]

niedziela, 20 listopada 2016

Reading Week- tydzień czytania

Angielski system edukacji rozpieszcza studentów ilością wolnego. Miesiąc na święta jedne, miesiąc na święta drugie i jeszcze tydzień bez zajęć w połowie semestru (a to wszystko za cenę jedynie 9 tysięcy funtów rocznie, hehehe), nazwany Tygodniem Czytania (Reading Week). W wielu przypadkach pokrywa się z terminem oddania prac półrocznych i w założeniu pozwala on student(k)om skupić się na esejach, nadrobić zaległości i przygotować się do nadchodzących zajęć.

W rzeczywistości akademikowi freshers imprezują jeszcze więcej (albo głośniej, bo więcej się chyba nie da), ludzie wracają posiedzieć pod maminą kołdrą lub jadą zwiedzać świat. Po ściśnięciu 85% pracy w jeden weekend i pierwsze dwa dni tygodnia, w środę trzasnęłam prezentację o polityce kolonialnej dotyczącej płci (a nawet dżenderu) na jednej z 3 godzin lekcyjnych które musiałam chciałam spędzić na uczelni w tym tygodniu i z butami przemoczonymi śnieżną pluchą pojechałam na lotnisko witać Bułę. Niestety, zima zaskoczyła lotników, a samolot opóźniał się bardziej i bardziej.


Siedziałam na kanapie w strefie kawiarnianej (za egzystowanie w strefie kawiarnianej i użycie wielorazowego kubka musiałam dopłacić 10 pensów. Zachodni kapitalizm, eh) i w końcu mogłam bez wyrzutów sumienia czytać nieakademicką książkę, bo przecież tylko zabijałam czas. Pięć godzin spędziłam osiągając totalny stan zen, było mi najlepiej i naj-bez-stresowiej od dawna. Siedzenie na lotnisku jako terapia, wychodzi się na miękkich nogach i z uśmiechem człowieka pogodzonego z kosmosem.

I w takim oto stanie zastał mnie Buła gdy w końcu dotarł do Leeds celem wyłącznie szlajania się po mieście, nienastawiania budzika i możliwie wyglądania przepięknie w bluzie uniwersyteckiej, które to cele zostały spełnione z wybitną precyzją.

Poznaję miasto coraz lepiej, chociaż jest mi zupełnie nie po drodze. Nadal nie zachwyca- nie ma starówki, nie ma kamieniczek, a budynki zupełnie do siebie nie pasują- ale rodzi się w lewym płucu jakiś sentyment do tej przemysłowej brzydoty i rodzaj dumy, gdy wiem co jest wartego zobaczenia i gdzie- w którym muzeum można nauczyć się pisać swoje imię po grecku i ułożyć mozaikę, która biblioteka ma warty zobaczenia korytarz, w którym parku znajdują się ruiny dwunastowiecznego klasztoru. I Leeds chyba wykształca jakiś sentyment w stosunku do mnie, bo pogoda akurat dnia tamtego spaceru była idealna.


Znacie ten moment, gdy przyjeżdżacie w odwiedziny i myślicie, że będzie miło i przyjemnie ale wasza dziewczyna ma aktywistyczną przeszłość i odwiedziny kończą się na proteście przeciwko rasizmowi i wyborowi Trumna na prezydenta?

Buła zna.

(i dlatego jeszcze mnie odwiedza)

Po trzechipół dniach wybijania się z toku pracy i szybkiej debacie, czy bardziej się opłaca nie spać czy spać pomachaliśmy sobie na lotnisku koło godziny piątej rano. Kto rano wstaje, ten obserwuje wschód słońca z autobusu, odsypia do jedenastej, kończy powieść i panikuje, że lenistwo to choroba śmiertelna.
Szczęśliwie oddychanie i odpoczynek już nie.

***
O, dostałam też nieodpłatną szczepionkę na zapalenie wątroby typu A w ramach przygotowywania organizmu to spędzenia roku w Afryce Północnej będącym integralną częścią mojego programu studiów. Przebieram nóżkami, jadę w miejscaaaaaaaaaa! (jeżeli zdam wszystko w pierwszym terminie. Zdam wszystko w pierwszym terminie! Próg zdawania zaczyna się od 40% dla studentów pierwszego roku, co w zależności od nastroju i przedmiotu brzmi jak pestka lub niemożliwa do przekroczenia granica).