Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PierniczenieOSzopenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PierniczenieOSzopenie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 marca 2017

Sceny rodzajowe #3

Drugi semestr zaczął się dokładne miesiąc temu, a ja nie jestem pewna czy bardziej czuję się jakby trwał dopiero tydzień, czy raczej całe życie. W moim planie lekcji nastąpiła dramatyczna zamiana Początkującego Arabskiego 1 na Początkujący  Arabski 2 oraz Tworzenia Współczesnego Świata na Wyzwania Światowego Rozwoju (które raczej powinny mieć w nazwie coś z plakatem bo fakt, że będziemy przygotowywać plakat na częściowe zaliczenie był powtarzany tak często i z taką ekscytacją, że śni mi się po nocach). Życie płynie spokojnym uczelnianym rytmem, tylko nagle czasu mam jakby więcej w tym semestrze...

... więc biegam po demonstracjach...


... i raz na jakiś czas rzucam przemówieniem ze sceny podczas wydarzeń związanych z wkładem imigrantów i imigrantek w życie Wielkiej Brytanii. Podczas ogólnokrajowego "Dnia Bez Nas" na demonstracji spotkałam wykładowców i wykładowczynię z Katedry Arabistyki, Islamistyki i Studiów Bliskowschodnich. Tego dnia miałam też odwołane wykłady i ćwiczenia, Wydział Języków, Kultur i Społeczeństw rozesłał również ogrom wspierających maili.

"Jestem dziś tym, czym Twoi przodkowie byli wczoraj."

***
Lepsze zarządzanie czasem pozwoliło mi również zaangażować się w EasternSpaces (Wschodnie Przestrzenie), magazyn studencki o tematyce szeroko pojętej Europy Środkowo-Wschodniej, Rosji i Azji Centralnej. Do poczytania jestem TUTAJ.
***
Wszystkie osoby poniżej dwudziestego piątego roku życia mieszkające na Wyspach mają prawo do darmowego dostępu do prezerwatyw i koferdam. Wiek deklaruje się słownie, tak samo połowę kodu pocztowego i status związku, po czym otrzymana od ręki plastikowa karta uprawnia posiadacza/kę do otrzymania dwunastu wybranych dóbr sześć razy, po czym należy ją odnowić (w teorii, w praktyce mignęły mi jakieś automaty wydające prezerwatywy na krzywy uśmiech, a co przychodnia to coraz liberalniejsze reguły).

Antykoncepcja wszelaka dostępna jest również bezpłatnie na tutejszy NFZ.

Tak więc żyję sobie teraz w państwie, w którym możliwość kontrolowania rozrostu swojej rodziny jest uznawana za prawo człowieka i z przerażeniem obserwuję poniżające traktowanie Polek przez władzę w ich własnym kraju. Wstyd.

*** 
Dziwię się ciągle temu, że w supermarketach można znaleźć telefony opłacone przez firmy taksówkarskie w celu zapewnienia (płatnej) podwózki obładowanym zakupowiczom.


***
W tłusty czwartek próbowałam rozpieścić się wielką paką czipsów i tęskniłam do porządnych pączków z dżemem różanym. Niedługo było mi przykro, już następnego dnia zamiast umartwiać ciało i duszę świętowałam Dzień Niepodległości Kuwejtu opychając się po uszy kuwejckimi słodyczami. Wprowadziłam w stan cukrowego upojenia, tupałam nóżką do muzyki na żywo i gdyby było chociaż trochę cieplej, naprawdę mogłabym poczuć się jak na Bliskim Wschodzie (głównie dlatego, że wszyscy mówili dużo i szybko w języku, który desperacko chcę rozumieć). Ale na to jeszcze przyjdzie czas :)

***
Nowy semestr, nowe my- po Nowym Roku Ursa wróciła do Słowenii, a na jej miejsce wprowadziła się do nas Areesa z USA oprószając mieszkanie akcentem z Baltimore, szynką halal i wspólnym wywalaniem oczu na niezadowalającą głębię dyskusji na ćwiczeniach. Pasuje nam do zespołu w mieszkaniu. :)

niedziela, 1 stycznia 2017

Okruchy 2016.

Zaletą świętowania Nowego Roku i urodzin tego samego dnia jest to, że tylko raz w roku siadam i dobitnie przemyśliwuję minione 12 miesięcy. Raz, ale dobrze, zamiast rozdrabniać się na drobne.

Patrząc na stan w jakim rozpoczęłam ten rok, nie pomyślałabym, że okaże się tak wartościowy, intensywny i najnormalniej w świecie przyjemny.

W styczniu wróciłam do Kecskemet z przerwy świątecznej, chociaż miesiąc wcześniej mój "mentor" przebąkiwał, że "szefowa nie będzie zadowolona, że bierzesz tyle wolnego". Na szczęście mój mózg dał radę totalnie zignorować zaczepkę i przez kilkanaście dni w domu wyszłam z letargu oraz poukładałam sobie kilka rzeczy w głowie. Próbowałam rozwiązać sytuację w miejscu pracy po raz ostatni, aż w końcu machnęłam ręką. Olgowe "Maria, Ty wcale nie musisz tam być" do dzisiaj dzwoni mi w uszach jak największy budzik świata. Na szczęście nigdy później nie potrzebowałam go aż tak bardzo.

W tym miesiącu udało mi się również zobaczyć Wiedeń i Bratysławę, oraz spędzić kilka pięknych dni w Budapeszcie.

W lutym, po miesiącach próśb, gróźb i błagań, ostatecznie rzuciłam Wolontariat Europejski. Nauczyłam się tam wielu rzeczy- pierwszy raz mieszkałam sama, stałam się asertywna, mniej naiwna, nauczyłam się walczyć o swoje i nie bać się nakrzyczeć na osobę, której nieudolność robiła mi krzywdę. Z perspektywy roku myślę też, że najważniejszą lekcją było odkrycie trudności opuszczenia przemocowej sytuacji- nie fizycznie (mogłam wskoczyć w najbliższy pociąg), ale właśnie mentalnie, emocjonalnie- pozbycie się poczucia, że jestem im coś winna, że przesadzam (doświadczyłam takiego gaslightingu, że do dzisiaj mnie telepie gdy o tym pomyślę), że może powinnam spróbować raz jeszcze było chyba najtrudniejszą rzeczą w moim życiu.


Marzec i kwiecień upłynęły pod znakiem intensywnej pracy aktywistycznej w organizacjach pozarządowych, mniej intensywnej nauce do matury, szkoleniu się, leczeniu duszy, czytaniu, piciu herbat, otwieraniu się na nowe znajomości i pomysły.


Maj przyniósł zakończenie zmagań z arkuszami maturalnymi oraz zwieńczenie największego projektu nad jakim kiedykolwiek pracowałam- Trójmiejskiego Marszu Równości 2016 oraz Tygodnia Równości.


W lipcu działałam przy Ratujmy Kobiety, zostałam Żywą Książką w Elblągu, pojechałam na Woodstock prowadzić warsztaty i być warsztatowaną oraz wzięłam udział w treningu dotyczącym Równości Płci w Armenii. Była to moja pierwsza wizyta na Kaukazie; oswoiłam się z nim i zdecydowanie planuję wracać!


W sierpniu szczecinowałam oraz wzięłam udział w kolejnym treningu, w ramach którego ponownie miałam szansę przespacerować się po Hamburgu oraz zobaczyć Berlin. Gościłam też znajomego amerykańskiego meksykanina w Gdańsku, dzięki któremu w końcu wzięłam udział w darmowym oprowadzaniu po mieście.

fot. Agata Skupniewicz
Wrzesień był protestacyjno-emigracyjny. Prawa kobiet nadal były zagrożone, ale mój udział w opozycji był krótkoterminowy- w drugiej połowie miesiąca wyjechałam do Leeds w Anglii by podjąć studia na kierunku Arabistyka i Rozwój Międzynarodowy.


Październik z listopadem były niesamowicie intensywne akademicko. Nauczyłam się bardzo dużo, zakumplowałam z moimi współlokatorkami oraz odwiedziłam Brighton (oraz przelotem Londyn i Sheffield).

W grudniu z przerażeniem stwierdziłam, że nie można się ruszyć z domu bez flagi, bo istnieje spora szansa, że będzie konieczność wzięcia udziału w spontanicznym proteście (chociaż drewniana łyżka i metalowy garnek dają radę). Spędziłam też moją pierwszą noc na lotnisku, odwiedziłam Toruń. Wydomowałam się i zebrałam energię na następny semestr zajęć w Anglii.


Plany na 2017?

Kuć. Zajmuje mi to masę czasu, ale podoba mi się, że robię to porządnie. Od lutego ruszamy również pełną parą ze studenckim Magazynem Praw Człowieka, do którego będę wybierać teksty.

Chciałabym jeździć więcej po Wielkiej Brytanii. Po egzaminach odwiedzam Taz w Newcastle upon Tyne, ciągle mam zaproszenie do oddalonego zaledwie o godzinę od Leeds Manchesteru. Kto wie, może jakimś cudem uda mi się nawet dotrzeć do Glasgow i Edynburga?

W kwietniu za to lecimy z Bułą do Grecji. To nasz pierwszy całkowicie niezależny i tak długi (chociaż tylko tygodniowy) wyjazd. Stres przekłuwam na planowanie; moja mama twierdzi, że nie dam rady spakować się wyłącznie w bagaż podręczny, więc mam też co udowadniać ;)

We wrześniu przeprowadzam się do Maroka. Hej, przygodo!

Chciałabym również poprawić tegoroczny wynik czytelniczy, który wynosi 20 książek (i tryliard rozdziałów literatury akademickiej).

Życzę sobie (i wszystkim, którzy rzucają tu okiem) roku, który będziemy wspominać z czułością. I oddolnej rewolucji, żebyśmy nie musieli już wychodzić na ulice.

<3 <3 <3

niedziela, 25 września 2016

Tydzień 1: przeżyłam.

Cały tydzień za mną, już nawet z hakiem.
Przeżyłam.
Jeszcze trzy takie i będę mogła powiedzieć, że pierwszy miesiąc z głowy.

Podobno pierwszy jest najgorszy, potem jest się już "u siebie".

Do trzech razy sztuka. Wydawać by się mogło (głównie mnie), że dobrze wiem z czym się je przeprowadzki za granicę, jednak za każdym razem mam wrażenie, że to akurat tutaj umrę przytłoczona nowością, odpowiedzialnością i nadmiarem informacji.

Niezależnie, czy pierwszy czy trzeci i tak gubię się w drodze do domu i prawie doprowadzam do łez wsiadając do złego autobusu.

(a potem zapominam jak mi było ciężko i pcham się do kolejnego kraju i w koło macieju)

Freshers' Week trwa w najlepsze. Nieustannie przypomina mi o tym dudniąca muzyka z dołu, zapach marihuany wlatujący przez okno (nie, nie jest tu legalna) i milion ulotek informujących o imprezach na które mnie nie stać (12 funtów za wejście do klubu? hahahahahajfhsdajgjaha)

Ale Freshers' oznacza również kupony na pizzę za funta, darmową kawę/herbatę, ciastka i poczucie, że nie będę musiała spędzać milionów żmudnych godzin z nosem w książkach (bo niezależnie czego się człowiek uczy, to czasami mu się nie chce).

budynek Student Union

Powoli orientuję się co, gdzie i za ile; mniej-więcej jestem w stanie ustalić jedzeniowy budżet, szukać tańszych opcji na rzeczy niezbędne lub bardzo ułatwiające cały nadchodzący rok szkolny. I już powoli mam wrażenie, że hej, nie taka ta Anglia straszna, można żyć tanio i przyzwoicie.

A potem idę popatrzeć na dwa najbardziej obowiązkowe podręczniki które są ode mnie wymagane i mam ochotę się rozpłakać, bo każdy z nich kosztuje więcej niż ten mój cholerny tygodniowy budżet jedzeniowy.

I cena tych książek staje się powoli osobną walutą.

"Kupiłam bilet do domu na Święta za połowę jednego podręcznika!" (11 grudnia, swoją drogą)

"Żyję w kraju w którym kupno używanego roweru kosztuje mniej, niż podręcznik!"

"Jeżeli będę pracować maksymalną liczbę godzin sugerowanych przez Uniwersytet, w tydzień uda mi się uciułać na podręczniki!"

UH. Prawdziwe życie.

Na fali nieustrukturyzowanego czasu poszłam też na spotkanie studenckiego klubu socjalistów (jestem zawiedziona), warsztaty (których główną wartością jest fakt, że zmuszają uczestniczącego do opanowania dojazdu na uczelnię i poznania kampusu) i na obowiązkowe spotkanie dotyczące roku za granicą, który jest "mocno zalecany" (tłumaczenie międzykulturowe: "lepiej nawet nie próbuj się z niego wymiksować") wszystkim studiującym język.

(słuchałam jednym uchem, bo nadal mam wrażenie, że wyrzucą mnie stąd po pierwszym semestrze i tyle będzie tego studiowania)

A w drugi już piątek na angielskiej ziemi, popołudniu... wyszłam z domu.

<oklaski>

Wydarzenie niszowe (i za darmo), otwierające obchody Bi visibility day, czyli Dnia widoczności osób Biseksualnych. Było czytanie poezji, była proza, były materiały audiowizualne, były też osoby z zeszłotygodniowej demonstracji. Omawiane problemy były zupełnie inne, niż te do których jestem przyzwyczajona, ale co się dziwić? Mieszkam teraz w kraju, który równość małżeńską z prawem do adopcji przyjął w 2002 roku i nikomu nie przebiega przez myśl kwestionowanie tego.

Grupa organizująca spotkanie skupiła się na widoczności osób biseksualnych (niespodzianka), ale po przejrzeniu dostępnych materiałów i posłuchaniu rozmów w kuluarach wydaje się, że działanie na rzecz akceptacji osób transseksualnych jest dużo wyżej na liście priorytetów. No, i pojawił się wątek poliamoryczny. Kurczę, więc to tak wygląda ta mistyczna Europa Zachodnia.


Potrzebując czasu dla siebie samej, postanowiłam wrócić do domu pieszo. I tak wyszło, że popodziwiałam widoki, a następnie zgubiłam się totalnie. Gubienie się jest rzekomo najlepszym sposobem poznania miasta, więc nie przejmowałam się tym aż do momentu gdy kolorowe obłoczki się pochowały i zaczęło się robić nieprzyjemnie chłodno.


Obrałam na cel jedyną osobę w okolicy i z przepięknym uśmiechem zagubionej obcokrajowczyni zapytałam o drogę w kierunku Uniwerystetu. Pytany otworzył szeroko oczy.

-Ale to jakieś pięćdziesiąt minut spaceru.
-Wiem. Wiesz, jak tam dojść?
-A może autobusem? Jakie autobusy tam do Ciebie jadą?

Wyciągnął telefon, gotowy googlować rzeczy. I wtedy się okazało, (co wnioskuje po klawiaturze na wyświetlaczu) że zupełnie nieświadomie zaczepiłam osobę, której pierwszym językiem jest arabski. Żuczek w mojej głowie przewrócił się na plecki i zaczął tarzać ze śmiechu, bo czy właśnie nie pomaga mi jedna z osób, przed którymi mnie ostrzegano, taka, której z założenia powinnam się bać? Gwałcą nasze kobiety itepe?

-Chyba 1... i 6...? Ale chętnie się przespaceruję. Wiesz w którym kierunku, tak mniej-więcej, jest Uniwerek?
-Tak mniej więcej, to tam- machnął ręką.- Ale to pięćdziesiąt minut...
-Tak, dzięki!

Pożegnaliśmy się uprzejmie, zostałam poprzepraszana za nieumiejętność niewiem czego, poprzepraszałam za kłopot (dostosowuję się kulturowo, widzicie!?) i ruszyłam.

Jakoś tak wyszło, że wylądowałam na głównej stacji autobusowej. I jakimś cudem udało mi się domyślić, czym i gdzie mam jechać.
(cudem nie ze względu na moje umiejętności nawigacyjne- jeżeli chodzi o komunikację miejską to są świetne- ale sposób działania Leedsowych autobusów)

Pamiętacie, że jakieś trzy akapity temu cieszyłam się wysokim poziomem rozwoju krajów Europy Zachodniej?

No, to generalnie zmieniłam zdanie.

Podróż zajęła mi milion godzin i zainspirowała mnie do dogłębnego zakwestionowania swojej obawy przed jazdą rowerem po prawej stronie ulicy oraz do stworzenia notki-narzekaczki o pieprzonych autobusach.
Już niedługo! ;)

Takie piękności w mojej okolicy. Przechodziłam obok kilkukrotnie, aż gdy w końcu postanowiłam zrobił zdjęcie, gospodarz akurat skądś wracał. Uśmiechnął się, pomachał mi, zaczęłam mu dziękować przez trawnik (znowuż: asymilacja kulturowa ;) ). Uszczęśliwiają mnie takie rzeczy.

wtorek, 20 września 2016

"I nie urodziłem się wielkim, potężnym dębem, gonną olchą. I nie urodziłem się niczym innym, tylko tym, czym jestem. I nie urodziłem się z pozorami. Tylko z nerwami. Z nerwami tuż pod cieniutką skórką."- Edward Stachura

Fresher to student lub studentka pierwszego roku studiów pierwszego stopnia w Wielkiej Brytanii. Freshers' Week to nie mniej, nie więcej jak tydzień powitalno-wprowadzający dla nowych studentów i studentek danej uczelni, podczas którego odbywa się jedno czy dwa spotkania na uczelni, kilka wydarzeń i cała masa imprez, których celem jest wprowadzić się w stan nietrzeźwości w miejscu, z którego średnio wiadomo jak wrócić do domu, z ludźmi, których imion się nie pamięta, za pieniądze, które babcia z dziadkiem sprezentowali na uniwersytecką wyprawkę.

Teoretycznie niedziela (17.09) to jeszcze nie freshers', ale skoro i tak omijam ostre chlanie i imprezy, które są jego kwintesencją to równie dobrze mogę uznać, że dla mnie zaczął się w niedzielę wycieczką po Leeds organizowaną przez Student Union (Zrzeszenie Studentów); w niemiecko-czesko-chińsko-japońsko-libijsko-brytyjsko-polsko-nambijskiej grupie oprowadzanej przez doktoranta z Meksyku przeszliśmy się po ścisłym centrum miasta, a głównym celem wycieczki było pokazanie nam najtańszych miejsc do żywienia się i przeżycia, dworzec kolejowy i kilka głównych zabytków.


Czuję silną potrzebę pójścia do informacji turystycznej i zwiedzenia miasta "po swojemu", bo nie podoba mi się, że nie podoba mi się to, co widziałam do tej pory (przestrzeń wydaje się strasznie klaustrofobiczna i strasznie niedobrze się tam czuję). Skoro mam tu być dłuższy czas to lepiej dla mnie, żebym znalazła swoje miejsce.

Poniżej piękności na które można natknąć się pokonując dystans akademik-uczelnia pieszo.

panorama mieszkalnej części miasta
Odległości tylko wydają się takie duże- autobusem, z akademika na uczelnię jestem w stanie dojechać w niecałe 15 minut. Bez korków ;)

Na dobrą sprawę z kampusu uczelni można byłoby nie schodzić- jest tam między innymi supermarket, dwie sceny teatralne (na 180 i 50 widzów), sala koncertowa, klub, bar, kawiarnia, targ rolny (w poniedziałki), galeria sztuki, muzeum, szpital i centrum medyczne. Właśnie to ostatnie interesowało mnie tego dnia najbardziej- po wypełnieniu kilku druczków okazało się (W KOŃCU), że jako studentka Uniwersytetu w Leeds jestem ubezpieczona, z którego to przywileju pani w rejestracji kazała mi od razu skorzystać szczepiąc mnie przeciwko zapaleniu opon mózgowych. Tyle wygrać.

Niemalże filmowe ulotki w poczekalni.

No, poniedziałek (18.09), na oficjalne rozpoczęcie Freshers' Week, wybrałam się na wycieczkę po Brotherton Library- największej bibliotece na kampusie, w której mieszczą się zbiory dotyczące przedmiotów humanistycznych, nauk społecznych, prawa i tzw. "kolekcji specjalnych" (czyli np. manuskrypki Szekspira i sióstr Bronte). Wybudowana po 1939 roku  odróżnia się od bardziej tradycyjnych budynków z czerwonej cegły, ale jakie robi wrażenie! Ma wielką kopułę wzorowaną na londyńskiej, parter pełny książek, dwa piętra nad parterem i dwa piętra pod ziemią, dodatkowe skrzydła, dobudówki, ilość zgromadzonej wiedzy sprawia, że student czuje się mały, malutki.  

wieża  budynku biblioteki będąca symbolem (i logo) uniwersytetu

Tego dnia mogłam też spróbować się odnaleźć w największym wykładowym audytorium- wszyscy studenci i studentki Szkoły Języków, Kultur i Społeczeństw (podpadającej pod Wydział Humanistyczny) musieli stawić się na obowiązkowym spotkaniu wprowadzającym, które było o tyle wprowadzające, że wiemy która sala, to ta główna sala oraz, że pierwszy rok nie liczy nam się do dyplomu, ale mamy "wyrabiać dobre nawyki akademickie", które bezpośrednio po wykładzie poszłam rozwijać do Biblioteki Brotherton, która poza niesamowitą przestrzenią i wszystkimi książkami z mojej listy obowiązkowych czytań na jedne z zajęć dysponuje niesamowicie niewygodnymi krzesłami.

Skromny wycinek tego, co powinnam przeczytać

(a że naokoło odbywał się kolejny Targ Stowarzyszeń Studenckich dostała kolejne kupony na pizzę za funta zamiast za 11 i wielką wielorazową torbę na zakupy z drewnianą łyżką, golarką, proszkiem do prania i innymi drobiazgami w środku. Czuję się jak łowczyni promocji z programów na TLC. I znowu nas nakarmili w akademiku, wegetariańskie burgery w zamian za wysłuchanie prezentacji o zasadach mieszkania tam? ZAWSZE.)

Uff, dopiero wtorek (20.09)? Nie jestem w Anglii nawet tydzień, a już czuję się jakby to było całe życie. Stresuję się całą tą powagą instytucji, mam wrażenie, że wszyscy wiedzą coś, czego ja nie wiem (chociaż w poniedziałek na spotkaniu wprowadzającym usłyszeliśmy, że mamy tak nie myśleć, bo "to najnormalniej w świecie nieprawda"), wypadają mi włosy i znowu obgryzam paznokcie.

Wtorek- dzień spotkania wprowadzającego dla studentów katedry Arabistyki i Studiów nad Islamem i Bliskim Wschodem, które zupełnie przypadkiem nachodziło mi pół godziny na spotkanie Szkoły Nauk Politycznych i Międzynarodowych, na którym też powinnam być.

(te wszystkie podziały na katedry i wydziały biorę absolutnie z powietrza. Studiuję na Faculty of Arts, w skład którego wchodzi School of Languages, Cultures and Societies, w ramach której studiuję na Department of Arabic, Islamic and Middle Eastern Studies. To są moje "wydziały-matki", bo dodatkowo w ramach łączonego kierunku studiuję Rozwój międzynarodowy w ramach School of Politics and International Studies, które podpada pod Faculty of Education, Social Sciences and Law. Widzicie teraz, czemu gryzę paznokcie?)

Na spotkaniu siedziałam koło dziewczyny, która zaraz po tym, jak pokonałyśmy jakieś osiem pięter i powiedziała mi co studiuje (Hiszpański z Arabskim), wyznała, że spała tego dnia trzy godziny bo była na imprezie, a jej znajomi stwierdzili, że olewają swoje wprowadzenie. #Freshers'

Czym ja się w ogóle martwię?

Reflektowałam nad tym pytaniem kolejną godzinę na spotkaniu Szkoły Nauk Politycznych i Międzynarodowych, na którym mówiono dokładnie to samo, co na poprzednich dwóch spotkaniach- przykładaj się, przychodź na zajęcia, zaznaczaj się na liście obecności poprzez połączenie swojej uniwersyteckiej aplikacji z bluetooth, zanim zrobisz cokolwiek zastanów się, czy to pomoże twojej przyszłej karierze, karierze, karierze...kar...ie...rze...kaaaar...ieeeee...rzeeeeee.

Kapitalizm i żadna edukacja dla edukacji, edukacja dla kariery, szybko, szybko, spienięż się.

BEŁT.

(ale to już moja interpretacja, nic takiego nie padło wprost)

I tak jakoś mi się zrobiło ciężko, syndrom dnia któregośtam, PoCoSięWToWładowałam, CoJaTuWOgóleRobię, JestemLeniwąBułąINieOgarnę. (bo nie jestem głupia, więc tego sobie nie mówię).

Ale zjadłam zapakowaną wcześniej kanapeczkę, ciasteczko (za free), cieplutką kawusię (też za freeZjadam kanapeczke, ciasteczko (za free), cieplutka kawusie (tez za free, jednak coś dobrego wynika z tego całego Freshers' Week), wylalam sie Oli, ktora od chwili jest na Erasmusie i usłyszałam "JA TEŻ" i mamie (chwalic internet) i już idąc na warsztat o cytowaniu w tekstach akademickich było mi dużo lepiej.

Popieranie swojego warsztatu legową metaforą.

A że czytanie zadane na pierwszy tydzień samo się nie zrobi, tym razem rozsiadłam się Laidlaw, drugiej z czterech uniwersyteckich bibliotek- tej mniejszej, nowocześniejszej, z większą ilością światła dziennego i jakieś milion razy wygodniejszymi krzesłami.


A po południu W KOŃCU udało mi się dodzwonić samanawetniewiemdokońcagdzie, żeby umówić się na spotkanie w celu uzyskania National Insurance Number zezwalający na podjęcie legalnej pracy w Wielkiej Brytanii.

Dodzwonić się do nich to był wyczyn. Robiłam to kilkukrotnie, linia za każdym razem była zajęta i za każdym razem żeby "umilić mi czas oczekiwania" puszczano mi zapętlony fragment Czterech Pór Roku Vivaldiego, który po dziesiątej minucie przestaje być uroczy. Gdy dodzwoniłam się dzisiaj rano, okazało się, że jestem totalnie nie gotowa odpowiedzieć na pytanie o mój kod pocztowy, więc poproszono mnie o zadzwonienie ponownie, gdy się do rozmowy przygotuję (i, of course, że musiałam się dopytywać co to znaczy "przygotować się", bo najwyraźniej wiedza, które dane są potrzebne jest dla wszystkich naturalna).

Zadzwoniłam ponownie, gotowa na kolejną porcję Vivaldiego i starcie z brytyjską biurokracją. I, uff, mam spotkanie za tydzień, dwie godziny po skończeniu zajęć, idealnie, żeby się odnaleźć. 

niedziela, 31 lipca 2016

'I hope you live a life you're proud of. If you find you are not, I hope you have the strenght to start all over again.'- F. Scott Fritzgerald

Niektórzy latem leżą plackiem na plaży ciesząc się wakacjami, inni widząc, ile jest do zrobienia na świecie miewają wakacje nigdy. I mimo, że ciągły bunt jest wycieńczający, nie zamieniłabym poczucia dobrze spełnionego zadania na nic innego.    


Aktywizm nie tylko wpływa pozytywnie na moje poczucie bycia użyteczną, ale też pomaga patrzeć szarzej i głębiej, dużo uczy i rozwija. Ciągle zmusza do wyjścia ze strefy komfortu, ciągle pojawiają się nowe, trudne zadania-wyzwania, a ja ciągle udowadniam sobie, że mogę, że potrafię i że całkiem nieźle mi to wychodzi. 

W lipcu, poza masą ekscytujących rzeczy, byciem nazywaną Jehową, morderczynią, grożenia mi piekłem i porównywania do nazistów, miałam (początkowo wątpliwą) przyjemność reprezentowania Stowarzyszenia na rzecz Osób LGBT Tolerado na Woodstock'u. 

Dojechaliśmy w deszczu, targaliśmy toboły, dostawaliśmy sprzeczne informacje, nogi zapadały się w błoto, bałagan, alkohol, miałam ochotę wsiąść w auto i jechać prosto do domu. Moje kochane osoby  jednak postawiły mnie na nogi, znieczuliły, wyprzytulały, dostarczyły do namiotu i nakarmiły. I przez kolejne kilka dni robiłam swoją robotę, próbowałam nowych rzeczy i dawałam radę :)

Pracowali/łyśmy na stanowisku organizacji w namiocie Domu Bez Hejtu, rozdając gadżety, rozmawiając, edukując, dostając dużo pozytywnej energii, dużo wsparcia, wypisując pocztówki obcym ludziom, uśmiechając się od ucha do ucha, zwiększając naszą widoczność. 

Byli/łyśmy tam bardzo potrzebne i wykonały/liśmy kupę dobrej roboty.
"-Bo ja czuję się dyskryminowany, jako biały heteroseksualny mężczyzna bez niepełnosprawności.
-W jaki sposób uważasz, że jesteś dyskryminowany?
-Nie dostaję zasiłku. "
Ba-dum-tsss.

Ten pan jest naszym woodstockowym sukcesem, przybijam sobie piątkę myśląc o tych kilkudziesięciu minutach, które spędził przy naszym stoisku. 

Razem z B., prowadziłyśmy też warsztaty "wzmacniające dla społeczności LGBT i sojuszników". Trochę pluję sobie w brodę, że użyliśmy języka niewrażliwego na płeć (zupełnie zapomnieliśmy o "sojuszniczkach"), na swoją obronę powiem tylko, że zgłoszenie warsztatów wysyłałam piętnaście minut przed północą wyznaczającą deadline.
Włączanie osób wszystkich płci- do zapamiętania.

W warsztacie wzięła udział również osoba z Włoch, spędzająca swój EVS w Częstochowie (jak to się wszystko łączy, kurcze, no). Zmieniałyśmy się tłumacząc warsztat na angielski. 

Prosto z warsztatów przeniosłyśmy się na "Żywą Bibliotekę", która jest formą edukacji antydyskryminacyjnej. Osoby reprezentujące grupy mniejszościowe zostają "książkami", które "czytelnik" może wypożyczyć na okres około pół godziny, porozmawiać, zadać nurtujące pytania, poznać taką osobę, żeby następnym razem, gdy usłyszy "Białorusinka, "gej", "Muzułmanin", pierwszą rzeczą, którą zobaczy była twarz "książki", a nie stereotyp.

Była to moja trzecia Żywa Biblioteka, druga w której byłam książką i przekrój osób, do których dotarliśmy był troszkę inny, niż podczas akcji w Centrum Handlowym w Gdyni lub Bibliotece w Elblągu. Pierwsze pytanie, które zadał mi pierwszy czytelnik dotyczyło mojego życia seksualnego, drugie seksualnych reakcji kobiet. Najbardziej szokujące było to, że gość posługiwał się tak oklepanymi mitami, o których myślałam, że istnieją już tylko w sferze żartów. Całe szczęście, że ostatnio zainspirowałam się do zostania edukatorką seksualną i potraktowałam go jako sprawdzenie swoich sił na tym polu. Odniosłam (umiarkowane) zwycięstwo :)
Patrycja siedziała po mojej lewej, moja tabliczka leży za mną :)
Ponieważ działaliśmy w systemie zmianowym, poza pracą u podstaw mieliśmy sporo czasu wolnego, który razem z Łukaszem spędziliśmy głównie na warsztatach innych organizacji pozarządowych lub jedząc.

Wielokrotnie słyszałam, że na Woodstocku panuje atmosfera miłości, równości i wzajemnego wsparcia. Może dlatego, że przez zasadniczą część czasu byłam w 150% trzeźwa, może dlatego, że generalnie mam wysoki poziom spiny życiowej, a może po prostu dlatego, że jebitnie stałam jako reprezentantka kontrowersyjnego tematu- jakoś tego nie czułam. Chociaż to, że kilka razy ktoś mi powiedział, że powinniśmy się chować w domu, jest niczym z niechęcią, które budzili aktywiści Refugees Szczecin. 

Po wspólnym czytaniu literatury faktu wdaliśmy się z nimi w rozmowę- pierwszego dnia spotkali się z groźbą pobicia, krzyczano na nich każąc w wulgarnych słowach zwijać namiot. Przechodząc obok kilka razy słyszałam jak agresywnie rozmawiają z nimi festiwalowicze, jak napięcie buzuje, jak okropnie latają ad personam. Kurcze, może ta Woodstockowa miłość dotyczy tylko białych heteroseksualnych? Szkoda. 

Zdjęcia poniżej zostały wykonane przez Fundację Ocalenie podczas gry symulacyjnej dotyczącej uchodźstwa. Organizację polecam bardzo- osoby przy stoisku były cudowne, warsztaty przez nich prowadzone bardzo profesjonalne. 

Wracaliśmy z przerwą na grilla u taty A., na głaskanie kotków, na spacer po lesie, na wskoczenie do jeziora, na dwie i pół spiny zapiekankę, ciastka i dużo, dużo pozytywnej energii.

Pojechanie raz jeszcze: do przemyślenia.
Pojechanie raz w życiu: absolutny obowiązek. Kultowe wydarzenie. Must-be, must-see, must-survive.