czwartek, 19 stycznia 2017

Sesja w Anglii, czyli jak zadbać o studenta.

Dwanaście lat edukacji przeżyłam w przemocowym systemie, w którym PaniOdChemii bezkarnie poddawała się czerpaniu przyjemności z doprowadzania kogoś do płaczu, a PanOdPO wydzierał się, pastwił i mówił rzeczy niebywale seksistowskie. Bo mógł.

Przeżywam sobie niektóre sceny w głowie raz jeszcze (te od wczesnej podstawówki aż do tej połowy liceum w której statusem Złotego Dziecka zdobyłam prawo opuszczania połowy lekcji oraz nauczyłam się, że cała szkoła może mi co najwyżej naskoczyć), tym razem odpyskowywując pedagogom używając mądrych słów lub trzaskając drzwiami i zgłaszając ich zachowanie Rzecznikowi Praw Obywatelskich.

Niezależnie od oceanu niezgody na istnienie polskiego systemu edukacji, który mam teraz w sobie, oduczenie się mechanizmów obronnych zapewniających przetrwanie w takiej strukturze, opuszczenie gardy, jest procesem niezmiernie powolnym, związanym z poczuciem ciągłego zagrożenia i zdziwienia.


Że jak to, wyniki nie są czytane na forum klasy?


Że jak to, wykładowca znajdzie czas poza swoimi godzinami pracy, żeby mi coś wytłumaczyć?


Że jak to, mogę zadać banalnie proste pytanie i dostanę odpowiedź nieopatrzoną komentarzem, że gdybym słuchała wcześniej, to bym wiedziała?


Że jak to, wykładowczyni sama przypomina nam, że po to ma maila, żebyśmy przed sesją zadawali jej pytania?


Że jak to, cała struktura uniwersytetu jest po to, żeby mi pomóc, a nie przeszkodzić?


Szczyt niedowierzania osiągnęłam przed sesją, gdy okazało się, że Zrzeszenie Studentów (Student Union) we współpracy z Uniwersytetem zaproponowało i wprowadziło rozwiązania, które dodatkowo mają nam ułatwić przygotowanie do egzaminów. Poniżej przedstawiam niektóre z nich.

1. Przedłużenie czasu działania bibliotek
Na kampusie są cztery biblioteki dostępne dla studentów (czyli ponad 3600 miejsc do pracy indywidualnej i grupowej) z których trzy w czasie semestru otwarte są od 8 rano do północy. Podczas sesji jedna z nich otwarta jest przez 24 godziny, 7 dni w tygodniu. Czemu? "Ponieważ wiemy, że nie wszyscy studenci pracują najlepiej w tym samym trybie."

"Bieżąca ilość miejsc zajętych przez rzeczy, nie ludzi: 61. Jeżeli musisz opuścić bibliotekę na ponad 30 minut, weź swoje rzeczy ze sobą. Szukasz miejsca? (lista nowych miejsc do nauki)"

2. Przedłużenie czasu działania... wszystkiego
Wolisz się uczyć w miejscu, w którym można jeść? No problem, przestrzeń stołówkowa w budynku Zrzeszenia jest otwarta do 3 rano. Zapewnia również darmowe przekąski i napoje.

3. Lampy antydepresyjne.
Czujesz, że masz za mało witaminy D i najchętniej poleżałbyś na plaży? Nic prostszego. Wpadnij do Kawiarni Światła posiedzieć koło lampą antydepresyjną żeby odpocząć przy muzyce relaksacyjnej, wypić coś ciepłego i wziąć udział w warsztatach z jogi, uważności, medytacji, ogrodnictwa lub pokolorować kolorowankę. Zrelaksowany student to produktywny student.

4. Dogoterapia
Nic tak nie poprawia humoru jak przytulenie się do pieska, szczególnie, jeżeli tęsknisz za swoim zwierzakiem. Na zapisy, za darmo. Miejsca wychodzą w ciągu mrugnięcia okiem.

5. Darmowe śniadania
Głowa pracuje lepiej, gdy jest się najedzonym. W dni robocze od 8 do 9 rano na kampusie można dostać darmową kanapkę z bekonem, kiełbaską, wegetariańską kiełbaską lub owsiankę.

6. Centrum Doradztwa i całodobowy telefon wsparcia
Działające przez cały rok i zajmujące się wszystkim od problemów akademickich i radzenia sobie ze stresem, przez płacenie podatków, aż po informacje gdzie można znaleźć darmowe prezerwatywy.

7. Festiwal Zdrowia i Dobrego Samopoczucia
A na kopa cały semestr, już po egzaminach, odbywa się jednodniowy festiwal podczas którego można wziąć udział w zajęciach z jogi, dostać darmowe obcięcie włosów, zobaczyć demonstrację wegańskiego gotowania, potańczyć z rana i wiele więcej.

W ciągu dwóch tygodni podeszłam do czterech z pięciu przykazanych egzaminów. Gdy zaczynał się pierwszy, dopiero lądowałam 130 kilometrów od Leeds po tym, gdy mój "lot z bezpiecznym zapasem czasu" z Gdańska został odwołany. Spędziłam dodatkowe trzy dni pławiąc się w rodzicielskiej (i nie tylko) miłości, korzystając z rodzicielskich (tylko) zapasów żywnościowych, odkrywając uroki podróżowania bydgoską PESĄ, zwiedzając dworzec kolejowy Łodzi i myśląc, dokąd się zabiorę, gdy już napiszę mądre odpowiedzi na mądre pytania...

piątek, 6 stycznia 2017

Toruń. W mieście pierników i Kopernika.

Ostatnie trzy miesiące były niesamowicie edukujące i akademicko rozwojowe, jednak raczej mało ekscytujące. Ze względu na ograniczone zasoby (przede wszystkim czasowe; bilet na autokar można tutaj kupić taniej niż wejściówkę na imprezę, a ja przecież nie imprezuję) nie zobaczyłam tyle Wielkiej Brytanii ile bym sobie życzyła. Zaklęta w trójkącie Dom-Uniwersytet-Szkoła uświadomiłam sobie, że przez dobry miesiąc nie zawitałam nawet w centrum Leeds, nie mówiąc o wyjeździe gdziekolwiek.

Jeszcze chwila i od siedzenia domu wybuchłaby mi głowa.

I głównie przez wzgląd na akurat weekendowo-wypadową odległość od Gdańska padło na cudownie świąteczny Toruń. Wynajęliśmy pokój na przystrojonej lampkami starówce, skąd doskonale słyszeliśmy kościelne dzwony wygrywające kolędy oraz... okrzyki KODowej demonstracji. Rozważaliśmy przez chwilę dołączenie, tak dla aktywistycznej zasady, ale był piątek, było zimno i zmęczenie, więc postanowiliśmy poprzewracać się z boku na bok i nadrobić miesiąc niewidzenia się twarzą w twarz. Pożałowaliśmy tego następnego dnia rano, gdy po połączeniu się z wifi dotarł do nas powód demonstracji.

Spacerowaliśmy po mieście podziwiając jego przytłumioną przez mgłę urodę, marznąc, kupując upominki krewnym i znajomym królika, wyrzucając sobie brak udziału w zrywie narodowym poprzedniego wieczoru...


...aż natknęliśmy się na skandującą partię Razem i osoby z KODu, z którymi mogliśmy odkupić winy dnia poprzedniego.


Ze uspokojonymi (ale zdecydowanie nie spokojnymi) sumieniami kontynuowaliśmy samolubną i niewaleczną część weekendu, a z tryskającą optymizmem i wiedzą Agatą nie sposób było chodzić głodnym lub znudzonym. No, i wiem teraz, że "Turyści kupują pierniki w Toruńskim Koperniku. Toruńczycy kupują pierniki w sklepach spożywczych".


W Toruniu z łatwością można trafić na stare kamienice i szyldy z okresu drugiej wojny światowej. 


Ostatniego dnia pobytu zmęczeni zimnem postawiliśmy na muzea. Zaczęliśmy od Domu Kopernika z którym wiązałam duże nadzieje. Zwiedzenie zajęło nam niecałą godzinę i wywołało raczej zawód, niż zachwyt. Poza kilkoma pokojami stylizowanymi na historyczne wnętrza muzeum zapewniło jedynie zbiór kiepsko opisanych, wyglądających na przypadkowe przedmiotów.


Zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu Kamienica pod Gwiazdą w której można podziwiać sztukę Dalekiego Wschodu szczególnie Japońską i Chińską. Latem otwarty jest również ogród na tyłach kamienicy, w którym można się przespacerować i odpocząć. Tym razem ograniczyliśmy się wyłącznie do wystawy stałej.

Właśnie dlatego w naszej relacji zdjęcia robi głównie Buła. 

W Toruniu nie spędziliśmy dużo czasu i czuję pewny niedosyt. Miasto brzęczy życiem, jest pełne małych kawiarenek i restauracyjek, może pochwalić się obszerną i pełną legend starówką, ma swój jedyny i niepowtarzalny klimat. Zdecydowanie polecam na krótszy lub dłuższy wypad. Od razu ostrzegę jednak: przy dojazdach w dalsze części miasta używajcie autobusów, one nie serwują co przystanek cytatów, których nie powstydziłby się sam Paulo Coelho. ;)

niedziela, 1 stycznia 2017

Okruchy 2016.

Zaletą świętowania Nowego Roku i urodzin tego samego dnia jest to, że tylko raz w roku siadam i dobitnie przemyśliwuję minione 12 miesięcy. Raz, ale dobrze, zamiast rozdrabniać się na drobne.

Patrząc na stan w jakim rozpoczęłam ten rok, nie pomyślałabym, że okaże się tak wartościowy, intensywny i najnormalniej w świecie przyjemny.

W styczniu wróciłam do Kecskemet z przerwy świątecznej, chociaż miesiąc wcześniej mój "mentor" przebąkiwał, że "szefowa nie będzie zadowolona, że bierzesz tyle wolnego". Na szczęście mój mózg dał radę totalnie zignorować zaczepkę i przez kilkanaście dni w domu wyszłam z letargu oraz poukładałam sobie kilka rzeczy w głowie. Próbowałam rozwiązać sytuację w miejscu pracy po raz ostatni, aż w końcu machnęłam ręką. Olgowe "Maria, Ty wcale nie musisz tam być" do dzisiaj dzwoni mi w uszach jak największy budzik świata. Na szczęście nigdy później nie potrzebowałam go aż tak bardzo.

W tym miesiącu udało mi się również zobaczyć Wiedeń i Bratysławę, oraz spędzić kilka pięknych dni w Budapeszcie.

W lutym, po miesiącach próśb, gróźb i błagań, ostatecznie rzuciłam Wolontariat Europejski. Nauczyłam się tam wielu rzeczy- pierwszy raz mieszkałam sama, stałam się asertywna, mniej naiwna, nauczyłam się walczyć o swoje i nie bać się nakrzyczeć na osobę, której nieudolność robiła mi krzywdę. Z perspektywy roku myślę też, że najważniejszą lekcją było odkrycie trudności opuszczenia przemocowej sytuacji- nie fizycznie (mogłam wskoczyć w najbliższy pociąg), ale właśnie mentalnie, emocjonalnie- pozbycie się poczucia, że jestem im coś winna, że przesadzam (doświadczyłam takiego gaslightingu, że do dzisiaj mnie telepie gdy o tym pomyślę), że może powinnam spróbować raz jeszcze było chyba najtrudniejszą rzeczą w moim życiu.


Marzec i kwiecień upłynęły pod znakiem intensywnej pracy aktywistycznej w organizacjach pozarządowych, mniej intensywnej nauce do matury, szkoleniu się, leczeniu duszy, czytaniu, piciu herbat, otwieraniu się na nowe znajomości i pomysły.


Maj przyniósł zakończenie zmagań z arkuszami maturalnymi oraz zwieńczenie największego projektu nad jakim kiedykolwiek pracowałam- Trójmiejskiego Marszu Równości 2016 oraz Tygodnia Równości.


W lipcu działałam przy Ratujmy Kobiety, zostałam Żywą Książką w Elblągu, pojechałam na Woodstock prowadzić warsztaty i być warsztatowaną oraz wzięłam udział w treningu dotyczącym Równości Płci w Armenii. Była to moja pierwsza wizyta na Kaukazie; oswoiłam się z nim i zdecydowanie planuję wracać!


W sierpniu szczecinowałam oraz wzięłam udział w kolejnym treningu, w ramach którego ponownie miałam szansę przespacerować się po Hamburgu oraz zobaczyć Berlin. Gościłam też znajomego amerykańskiego meksykanina w Gdańsku, dzięki któremu w końcu wzięłam udział w darmowym oprowadzaniu po mieście.

fot. Agata Skupniewicz
Wrzesień był protestacyjno-emigracyjny. Prawa kobiet nadal były zagrożone, ale mój udział w opozycji był krótkoterminowy- w drugiej połowie miesiąca wyjechałam do Leeds w Anglii by podjąć studia na kierunku Arabistyka i Rozwój Międzynarodowy.


Październik z listopadem były niesamowicie intensywne akademicko. Nauczyłam się bardzo dużo, zakumplowałam z moimi współlokatorkami oraz odwiedziłam Brighton (oraz przelotem Londyn i Sheffield).

W grudniu z przerażeniem stwierdziłam, że nie można się ruszyć z domu bez flagi, bo istnieje spora szansa, że będzie konieczność wzięcia udziału w spontanicznym proteście (chociaż drewniana łyżka i metalowy garnek dają radę). Spędziłam też moją pierwszą noc na lotnisku, odwiedziłam Toruń. Wydomowałam się i zebrałam energię na następny semestr zajęć w Anglii.


Plany na 2017?

Kuć. Zajmuje mi to masę czasu, ale podoba mi się, że robię to porządnie. Od lutego ruszamy również pełną parą ze studenckim Magazynem Praw Człowieka, do którego będę wybierać teksty.

Chciałabym jeździć więcej po Wielkiej Brytanii. Po egzaminach odwiedzam Taz w Newcastle upon Tyne, ciągle mam zaproszenie do oddalonego zaledwie o godzinę od Leeds Manchesteru. Kto wie, może jakimś cudem uda mi się nawet dotrzeć do Glasgow i Edynburga?

W kwietniu za to lecimy z Bułą do Grecji. To nasz pierwszy całkowicie niezależny i tak długi (chociaż tylko tygodniowy) wyjazd. Stres przekłuwam na planowanie; moja mama twierdzi, że nie dam rady spakować się wyłącznie w bagaż podręczny, więc mam też co udowadniać ;)

We wrześniu przeprowadzam się do Maroka. Hej, przygodo!

Chciałabym również poprawić tegoroczny wynik czytelniczy, który wynosi 20 książek (i tryliard rozdziałów literatury akademickiej).

Życzę sobie (i wszystkim, którzy rzucają tu okiem) roku, który będziemy wspominać z czułością. I oddolnej rewolucji, żebyśmy nie musieli już wychodzić na ulice.

<3 <3 <3

piątek, 9 grudnia 2016

'I want enough time to be in love with everything.' - Marina Keegan

Od ostatniego posta zdecydowanie łatwiej szło mi ogarnianie uczelni- w bitwie ja vs własna głowa odniosłam porażający sukces i rzeczona głowa musiała zaakceptować, że będę kontynuować wtaczanie w nią obco brzmiących wyrazów niezależnie od tego czy mi to ułatwi czy nie i wywiesiła białą flagę.

Dzięki temu (i troszkę też temu, że zaakceptowałam brak sensu w treściach przekazywanych na Politics, Culture and Society) miałam czas żeby wyjść z domu na grupowe spotkanie towarzyskie (raz, przy czym wróciłam do domu o północy ponieważ jestem leszczem i koniecznie chciałam iść na ćwiczenia rano), skoordynować pożegnalny obiad jednej z moich współlokatorek, rozkleić masę ulotek dotyczącą Licencjackiego (?) Magazynu Praw Człowieka (Undergraduate Human Rights Journal) na kampusie
oraz pójść na warsztaty z kreatywnego pisania z rekordzistą Guinnessa w największej ilości sylab wyrapowanych w minutę.


Powoli wkręcam się w Grupę Solidarności z Palestyną (Palestine Solidarity Grouop), szukam innych możliwości zaangażowania się i odkrywam, że nadal mam część mózgu odpowiedzialną za aktywizm. Jedna ze skrajnie homofobicznych organizacji pozarządowych miała czelność zbierać pieniądze w Unii Studenckiej. (Ich) pech chciał, że akurat szłam na darmową kawę i ploteczki do Grupy LGBT. Uh, kocham trochę przekładanie buzującej złości na skuteczną reakację.


***

Koniec semestru! Leżę w łóżku akademiku, jem libański odpowiednik pizzy (to okropne multikulti!), słucham jak pada deszcz i czytam nieakademicką książkę, podczas gdy moje ciało przechodzi uczelniany detoks. Nadzieja, że uda mi się odzyskać zakończenia nerwowe stracone przez wielogodzinne ślęczenie przy biurku wydaje jednak dość złudna- zaraz po przerwie świątecznej zaczynam sesję, co zostawia mnie z perspektywą przekopywania się przez sterty notatek dotyczących tendencji krajów postkolonialnych do przyjmowania ustroju socjalistycznego i tony wyjątków od tworzenia liczby mnogiej w arabskim. Najprawdopodobniej gdzieś pomiędzy barszczykiem a pierogami. I nagle cztery tygodnie wolnego wydają się zbyt krótkie, by odpocząć i wszystko odpowiednio przygotować.

Ale nie zrozumcie mnie źle- socjalizm krajów postkolonialnych kręci mnie jak kołowrotek i trochę muszę ponarzekać, ale jest mi w tej chwili tak spełnienie w życiu, że to aż nierealne.

[miejsce na żenujący, coachingowy cytat o zmierzaniu na szczyt i pokonywaniu przeciwności]

niedziela, 20 listopada 2016

Reading Week- tydzień czytania

Angielski system edukacji rozpieszcza studentów ilością wolnego. Miesiąc na święta jedne, miesiąc na święta drugie i jeszcze tydzień bez zajęć w połowie semestru (a to wszystko za cenę jedynie 9 tysięcy funtów rocznie, hehehe), nazwany Tygodniem Czytania (Reading Week). W wielu przypadkach pokrywa się z terminem oddania prac półrocznych i w założeniu pozwala on student(k)om skupić się na esejach, nadrobić zaległości i przygotować się do nadchodzących zajęć.

W rzeczywistości akademikowi freshers imprezują jeszcze więcej (albo głośniej, bo więcej się chyba nie da), ludzie wracają posiedzieć pod maminą kołdrą lub jadą zwiedzać świat. Po ściśnięciu 85% pracy w jeden weekend i pierwsze dwa dni tygodnia, w środę trzasnęłam prezentację o polityce kolonialnej dotyczącej płci (a nawet dżenderu) na jednej z 3 godzin lekcyjnych które musiałam chciałam spędzić na uczelni w tym tygodniu i z butami przemoczonymi śnieżną pluchą pojechałam na lotnisko witać Bułę. Niestety, zima zaskoczyła lotników, a samolot opóźniał się bardziej i bardziej.


Siedziałam na kanapie w strefie kawiarnianej (za egzystowanie w strefie kawiarnianej i użycie wielorazowego kubka musiałam dopłacić 10 pensów. Zachodni kapitalizm, eh) i w końcu mogłam bez wyrzutów sumienia czytać nieakademicką książkę, bo przecież tylko zabijałam czas. Pięć godzin spędziłam osiągając totalny stan zen, było mi najlepiej i naj-bez-stresowiej od dawna. Siedzenie na lotnisku jako terapia, wychodzi się na miękkich nogach i z uśmiechem człowieka pogodzonego z kosmosem.

I w takim oto stanie zastał mnie Buła gdy w końcu dotarł do Leeds celem wyłącznie szlajania się po mieście, nienastawiania budzika i możliwie wyglądania przepięknie w bluzie uniwersyteckiej, które to cele zostały spełnione z wybitną precyzją.

Poznaję miasto coraz lepiej, chociaż jest mi zupełnie nie po drodze. Nadal nie zachwyca- nie ma starówki, nie ma kamieniczek, a budynki zupełnie do siebie nie pasują- ale rodzi się w lewym płucu jakiś sentyment do tej przemysłowej brzydoty i rodzaj dumy, gdy wiem co jest wartego zobaczenia i gdzie- w którym muzeum można nauczyć się pisać swoje imię po grecku i ułożyć mozaikę, która biblioteka ma warty zobaczenia korytarz, w którym parku znajdują się ruiny dwunastowiecznego klasztoru. I Leeds chyba wykształca jakiś sentyment w stosunku do mnie, bo pogoda akurat dnia tamtego spaceru była idealna.


Znacie ten moment, gdy przyjeżdżacie w odwiedziny i myślicie, że będzie miło i przyjemnie ale wasza dziewczyna ma aktywistyczną przeszłość i odwiedziny kończą się na proteście przeciwko rasizmowi i wyborowi Trumna na prezydenta?

Buła zna.

(i dlatego jeszcze mnie odwiedza)

Po trzechipół dniach wybijania się z toku pracy i szybkiej debacie, czy bardziej się opłaca nie spać czy spać pomachaliśmy sobie na lotnisku koło godziny piątej rano. Kto rano wstaje, ten obserwuje wschód słońca z autobusu, odsypia do jedenastej, kończy powieść i panikuje, że lenistwo to choroba śmiertelna.
Szczęśliwie oddychanie i odpoczynek już nie.

***
O, dostałam też nieodpłatną szczepionkę na zapalenie wątroby typu A w ramach przygotowywania organizmu to spędzenia roku w Afryce Północnej będącym integralną częścią mojego programu studiów. Przebieram nóżkami, jadę w miejscaaaaaaaaaa! (jeżeli zdam wszystko w pierwszym terminie. Zdam wszystko w pierwszym terminie! Próg zdawania zaczyna się od 40% dla studentów pierwszego roku, co w zależności od nastroju i przedmiotu brzmi jak pestka lub niemożliwa do przekroczenia granica).

niedziela, 13 listopada 2016

Znalezione w Brighton, czyli 'Life is short but very wide'.

Siedzę i się uczę, przyklejam pupę do krzeseł w najróżniejszych bibliotekach, we własnym pokoju, chowam głowę pomiędzy kartki, przejmuję się strasznie, daję z siebie wszystko, rozwijam na polu akademickim, nigdy nie byłam taka zajęta, ale nóżka pod biurkiem sama mi się merda i wyrywa, żeby jechać, daleko, blisko, gdziekolwiek, do innego, do nowego, do rozwianych włosów (bo oczy mi błyszczą na tej uczelni nieustannie), do hostelowych map i obcych ludzi, to dyskomfortu podróży i rumianych policzków.

I gdy już się pojawi ta szansa, niemądra, akurat mieszcząca się w budżecie, finansowana z funduszy Unijnych konferencja, na którą nie powinnam jechać bo przecież góra pracy domowej- pakuję plecak i biegnę, żeby zachować zdrowie psychiczne i się nie udusić na w wielkim świecie wiedzy teoretycznej.

I zrywam się na nogi o nieludzkiej porze wpadając w łazience na moją współlokatorkę która dopiero co wróciła z imprezy, obie sobie zazdrościmy (ja jej tego, że zaraz pójdzie spać, ona mi, że biegnę przeżywać życie) i jadę rowerem na uniwersytet, bo to w 3/4 drogi na stację autokarową, a nad ranem w niedzielę autobusów nie uświadczysz, mimo, że mieszkasz w popularnej dzielnicy stosunkowo niedaleko centrum (nadal nie jestem pewna, czy autobusy nocne nie istnieją, czy istnieją, ale nikt nigdy nie pomyślał, że miło by było gdzieś to zaznaczyć, nie wiem, na przystanku może?). Po drodze napotykam innych szaleńców, którzy święcąc Dzień Święty postanowili sobie pojeździć rowerem przed 6 rano (patrzymy na siebie z sympatią i zrozumieniem) oraz ledwo trzymającą się na nogach młodzież, wracającą z imprezy (co podnosi mnie na duchu, bo mogłabym być przecież mniej trzeźwa niż jestem, bardziej zmęczona i z perspektywą kaca oraz zmarnowanego dnia).


Ponieważ Unia rzuca we mnie pieniędzmi, postanawiam skorzystać z droższego przewoźnika. Wprawdzie jest na czas, ale całą podróż siedzę w płaszczu i kapturze trzymając dłonie pod koszulką, a w pewnym momencie wkładam drugie skarpetki. Naokoło wszyscy zmarznięci, siedzę, siedzę, siedzę, uh. Wprawdzie na zaangażowanie polityczne nie mam ostatnio energii, ale once and activist, always an activist  i dla dobra własnego i współpasażerów ruszam zadek i uprzejmie pytam pana kierowcę, czy może można by rozważyć, if he doesn't mind, włączenie ogrzewania bo, przepraszam bardzo, pizga. Nie można, bo w "naszych autokarach utrzymujemy stałą temperaturę 23 stopni i basta". 23 stopnie, my ass. Podobne 23 stopnie są w kolejnych trzech autokarach National Expressu którymi jadę w przeciągu kilku dni. Znad parującego kubka roztworu na przeziębienie gorąco nie polecam.

Rozgrzewam się wewnętrznie i zewnętrznie dopiero podczas dwugodzinnej przesiadki w Londynie, czasu mam akurat tyle, żeby w ramach rozprostowywania nóg skoczyć pod pałac królewski poudawać, że to inni odwiedzający są tłumem.

Tłum #1
Tłum #2
Tłum #3 i jednostka nietłumowa

Starczyło mi nawet czasu, żeby się zgubić w drodze powrotnej i oddać mojej najulubieńszej rozrywce pytania o drogę panów w przesadnie eleganckim ubraniu zajmujących się witaniem wysublimowanych gości hotelowych, a nie rozmowami z jakimiś obdartusami, których i tak nie stać na nocleg w takim miejscu. Obserwuję ich twarze wiedząc, że bardzo nie chcą ze mną gadać, ale nie mogą kazać mi spadać na drzewo. I koniec końców są dosyć pomocni. Należy im się odznaka profesjonalisty w swoim fachu, to na pewno.

(studenci pierwszego roku medycyny są święcie przekonani o swojej dogłębnej wiedzy nt. wszystkich możliwych chorób, ja jestem przekonana o swojej dogłębnej wiedzy na temat wyzysku i kolonializmu, więc nigdy się na ten temat nie zamykam. Ale czy naprawdę, NAPRAWDĘ trzeba chodzić na zajęcia dotyczące faktu, że Afryka to nie kraj, żeby wiedzieć, że AFRYKA TO NIE KRAJ? UH.)


No, to dotarłam do Brighton, miasta-kurortu o którego istnieniu nie wiedziałam jeszcze kilka tygodni wcześniej, a które (według wikipedii) jest jednym z najpopularniejszych kierunków weekendowych Londyńczyków.


Nad morzem, znany z molo, troszkę taki angielski Sopot. Ale o ile przed wejściem na sopockie molo wystarczy przebić się przez stoiska z tandetą, to molo brightońskie się tandetowo nie ogranicza- migające światła, głośna, popowa muzyka, inna z każdej budki z goframi, watą cukrową lub hot dogami i kolejki górskie mocno przeszkadzają w kontemplacji wszechświata i poszukiwaniu wytchnienia (oraz motywują do wczesnoporannych spacerów), ale w dzikim wyspiarskim kapitalizmie fakt darmowego wstępu mocno mnie zszokował. No, i morze. Oj, za morzem to tęsknię potężnie.

Pączek, jak nic.

Najbardziej na świecie ucieszył mnie widok z okna w najtańszym dostępnym hostelu. I już czułam, że życie jest dobre, że mogę pooddychać i zrzucić z ramion ciężar studiowania i walki z niesprawiedliwością, że jest dobrze. Na szczęście zanim zdążyłam opuścić gardę pojawiła się para z Litwy, która przyjechała do Brighton w celach zarobkowych. Zapytałam, czy wiedzą, że żeby pracować legalnie muszą wyrobić NIN (ilość osób która przyjeżdża do pracy i tego nie wie, jest przerażająca). Wiedzieli, ale wiedzieli również, że:

-Żeby wyrobić NIN musimy mieć stały adres. Więc na razie pomieszkamy tutaj, a gdy zarobimy na opłacenie kaucji i pierwszego miesiąca wynajmu to się tym zajmiemy.

I BUM, system vs ludzie, milion do zera, głową o ścianę. 


Poniedziałkowy poranek i przedpołudnie spędziłam nie-w-szkole, marznąc, szlajając się po mieście, wdając w rozmowy z obcymi ludźmi (albo konkretniej z jednym obcym ludziem, i to nie ja z nim, a on ze mną, lingwista mający coś wspólnego z Leeds, poradził mi jak zwiedzać Brighton, zapalił mi słońce w głowie tego dnia) i odmachując machającym z samochodów (trąbneli na mnie, więc odwróciłam się, żeby groźną miną pokazać, że przecież przechodziłam poprawnie. A oni machają. Odwracam się, raz, drugi, za mną nie ma absolutnie nikogo. A oni pokazują na mnie i machają dalej. To odmachałam, zapalając drugie słoneczko w głowie). 

Stary, spalony lata temu poprzednik dzisiejszego molo.
Zanim wyjechałam, do mojej współlokatorki Clary przyjechał chłopak. Ten okaz z wystawy zdjęć na plaży idealnie oddaje moje zasadniczą większość mojego życia. 
A szyba cała. Czyli można.


Celem mojej wizyty w Brighton był udział w krótkiej konferencji związanej z wydaniem publikacji dotyczącej wprowadzania pokojowej edukacji (edukacji o pokoju?) do głównego nurtu w edukacji właśnie. 

Organizatorzy płacili za nasze zakwaterowanie (tym razem okno wychodziło na betonową ścianę) i zapewniali osobę, która miała nas doprowadzić na miejsce wydarzenia, zapewniając nam również czas i przestrzeń na nawiązywanie kontaktów. 

No więc nawiązałam krótkotrwały kontakt z gościem z Palestyny. Jedna z uczestniczek nie zrozumiała, skąd jest, a poproszony o powtórzenie odpowiedział:

-Palestyna. Wiesz, ten okupowany kraj.


Wywołując tym uniesienie brwi współrozmówczyni i mojego mankietu, pod którym miałam bransoletką z napisem Solidarity with Palestine. Free Gaza. (Solidarność z Palestyną. Wolna Gaza). Zrobił wielkie oczy, pokazał koledze, rozentuzjazmował się, wdaliśmy się w pogawędkę. Gdy okazało się, że dodatkowo studiuję arabski, od razu chciał ze mną ćwiczyć (jestem mocno zauroczona chyba wspólną wszystkim osobom pochodzenia arabskiego pasją do pomocy w nauce języka) - odpowiedziałam pięknie, że mam się dobrze (alhamdullilla, dzięki Bogu) i ile mam lat. Gdy dorzuciłam "miło Cię poznać" typ prawie się przewrócił i spędziliśmy sporą część spaceru rozmawiając o krajach arabskich i języku.

Konferencja trwała cztery godziny i troszkę przywodziła na myśl spotkanie otwarte jakiejś sekty. By zwrócić uwagę uczestników używano malutkiego wschodniego instrumentu, a miejscowi prowadzący mieli uduchowione miny, mówili powoli i zwracając się do osoby patrzyli jej głęboko w oczy nadużywając jej imienia. Ale zwrócili mi koszta podróży, a cztery godziny spędzone w ich towarzystwie nie były nudne. Nie każdy trening musi być super, wystarczy, że był okej. Całą resztą zajęłam się sama :)


Samotny spacer powrotny pozwolił mi się wyciszyć, poobserwować i nastawić psychicznie na kolejną wczesną pobudkę- o ile ten jeden raz poniedziałkowe zajęcia mogłam ominąć, to wtorkowy popołudniowy wykład z Arabskiego jest najświętszą ze świętości. 

"Jestem dupkiem. Noszę futro."

A od powrotu, bo działo się to niemalże miesiąc temu, piszę eseje i merdam nogą. Żeby tak móc chwycić plecak i jechać, jechać przed siebie, poznać ten kraj, który powoli będzie się stawał coraz bardziej mój.