niedziela, 30 lipca 2017

Grecja: Ateny

Gdzieś pomiędzy wycieraniem okularów, suszeniem skarpetek a bełkotaniem obelg pod adresem deszczowej angielskiej zimy zrodził mi się w głowie pomysł wyjazdu gdzieś, gdzie istnieje chociaż cień szansy na dzień w którym ani razu nie zapada.

I tak kilka miesięcy później lądowałam w Atenach z głęboką intencją wykorzystania jednego, jedynego dnia, który wraz ze współtowarzyszem wyprawy przeznaczyliśmy na to miasto, na zachwycanie się białymi kamieniami i celebrowania ich kolebkowości cywilizacji europejskiej.


Czego nie wzięliśmy pod uwagę to fakt, że kamienie ułożone w najróżniejsze struktury są fascynujące na tyle, na ile fascynujące mogą być kamienie. Krótkotrwale i nie bardzo.

Dużo większy zachwyt niż przewodnikowe sugestie wywołał unoszący się powszechnie zapach kwitnących drzewek pomarańczowych i palmy, które wyglądają jak ananasy. I lewactwo. Wszechobecne lewactwo, pro-uchodźcze plakaty w siedmiu językach, graffiti. Oraz zazieleniające się co rano balkony dzielnicy, w której się zatrzymaliśmy. I falafel za euro. I widok małych, białych domków.


I zdecydowanie warto polecić, tylko chyba następnym razem zamiast oglądać kamienie poszłabym na spacer na plażę mimo, że była wiosna i wcale nie tak ciepło. I może zatrzymałabym się na dłużej, żeby popatrzeć na polską ulicę w Atenach, prowadzącą na dworzec kolejowy. I zjadłabym jeszcze kilka koulouri, obważanków z sezamem. I może przejechałabym się metrem, bo metro niby jest wszędzie takie samo, a jednak zupełnie inne.

A może, a może, a może... zupełnie zdecydowanie nie przedłużyłabym pobytu w Atenach podczas tego wyjazdu, wiedząc ile przede mną zwiedzania i nowych miejsc.

czwartek, 15 czerwca 2017

Wielka Brytania: Liverpool

Miasto Beatlesów, Europejska Stolica Kultury 2008, jedna z (byłych) największych metropolii Imperium Brytyjskiego, wierzchołek handlu trójkątnego pomiędzy Afryką, Amerykami a Europą.

Poszarzała od angielskiego późnokwietniowego odchorowywania zimy przestrzeń goszcząca podczas samotnej ucieczki z mieszkania ociężałego presją ostatnich dwóch tygodni zajęć.

Liverpool.

Czas spędzony pomiędzy łapaniem się za głowę, że jak to tak, można znać angielski bardzo dobrze, biegle niemalże, a Szkotki w pokoju hostelowym nie rozumieć ani troszkę, a chodzeniem z mapą i przewodnikiem- w życiu czasami potrzeba trochę struktury.

1. Albert Dock
Pierwsza konstrukcja w Wielkiej Brytanii zbudowana z żelaza i cegieł, bez oparcia na drewnianej strukturze. Idealny do popatrzenia na fale, centrum muzealno-spacerowe.



2. Międzynarodowe Muzeum Niewolnictwa
Umiejscowiony bardzo nieprzypadkowo w Doku Alberta. Sprawiedliwie opowiada nie tylko o samym niewolnictwie, ale też o niektórych z kultur Afryki Zachodniej, o rasizmie w przeszłości i obecnie oraz poświęca znaczącą część wystawy na pokazanie współczesnych kulturowych fenomenów, które są efektami mieszania kultur afrykańskich i północno- i południowoamerykańskich. Wyglądając przez okno z trzeciego piętra nietrudno wyobrazić obie statek kołyszący się na falach, przywożący ukradzione dobra. 


3. China Town
Niby typowe, a jakoś zawsze cieszy tak samo.



4. Katedra w Liverpoolu (Liverpool Cathedral)
Największa w Wielkiej Brytanii, piąta pod względem wielkości na świecie. Neogotycka, czyli trochę oszukana- stylizowana na średniowieczne, ukończona gdy moi rodzice byli już na świecie. 
Monstrualna, ogromna. Dostępna do zwiedzania również w czasie trwania liturgii (anglikańskich), podczas których śpiew chóru i muzyka organowa potęguje poczucie maleńkości. 
Oprócz tego w środku znajdują się również sklep z pamiątkami i kawiarnia. Zbijanie kapitału z pamiątek na utrzymanie kościoła można usprawiedliwić darmowym wejściem i toaletami.

(nigdy nie przyszło mi do głowy, że w kościołach generalnie powinny być ogólnodostępne toalety. powinny być)



5.  St Jamesa Cementary
Park miejski za Katedrą. Troszkę jak w innym świecie, troszkę jak na pikniku.



6. Archikatedra w Liverpoolu (Katedra #2)
Na wypadek, gdyby komuś nie przypadły do gustu wysokie, kamienne łuki sufitów i organy, do wyboru ma namiotowo-wigwamową katedrę katolicką, w niemalże klubowym niebiesko-zielonym światłem, ołtarzem wyglądającym jak podest dla DJ'a i sztuką nowoczesną w kaplicach. 



7. World Museum
Z tabliczkami "prosimy dotykać", ogromnymi strefami do odkrywania rzeczy, masą rodzin, które razem spędzały dzień wolny od pracy. Mimo dostępności i zrozumiałości dla dzieci, nadal intelektualnie stymulujące dla dorosłych. No, i robale. Dużo i żywe. 


8. Tate
Według przewodnika "przez znawców uznawana za świątynię współczesnej sztuki północy". Ja nie jestem znawczynią, więc kilka razy brakowało mi współtowarzysza/ki wycieczki, bo jakoś fajniej się śmieszkuje we dwoje. 



9. I wiele wiele innych 

sobota, 11 marca 2017

Wielka Brytania: Stonehenge (i Salisbury, nie zapominać o Salisbury!)

Powiedzieć, że nie przepadam za zorganizowanymi wycieczkami byłoby niedopowiedzeniem. Nie znoszę tego całego wysypywania się z autokaru, wyrwania poszczególnych przystanków z kontekstu, ani chwili samotności, ciągłe patrzenie na zegarek ile mi jeszcze zostało czasu, bo przecież przewodnik i grupa będą źli, że musieli czekać... Staram się ich unikać jak tylko mogę.

Czasami jednak dostanie się do jakiegoś miejsca byłoby tak uciążliwe i czasochłonne, że dużo bardziej kalkuluje się przewieźć pupę tam i z powrotem w klimatyzowanym autokarze.  

Tak też było w przypadku kamiennego kręgu Stonehenge. Mogłam wziąć udział w jednodniowej wycieczce do kamiennego kręgu i miejscowości wypadowej bez zbyt dużego wysiłku, lub wypruć sobie żyły szukając noclegu w moim przedziale cenowym. Zweryfikowałam informacje i gdy upewniłam się, że organizacja liczy sobie naprawdę niewiele ponad cenę którą zapłaciłabym za indywidualny bilet do Stonehenge i transport z Salisbury do Kręgu, zdecydowałam się pojechać. I to była zdecydowanie dobra decyzja.


Wpisane na listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO, zmyślnie ustawione przed 5000 laty kamienie, zakaz odprawiania rytuałów New Age w pobliżu Kręgu oraz trzepanie grubych milionów funtów na sklepie z pamiątkami. Dokładnie wytyczona ścieżka, przystanki audioprzewodnika (można pobrać darmową aplikację na telefon komórkowy), gwar, ścisk. Tyle byłoby z tej nierozwiązanej tajemnicy, mistycyzmu i magicznej atmosfery.


Do samego stojącego pośrodku pola kręgu można podjechać autobusem wahadłowym z Informacji Turystycznej co trwa kilka minut lub przejść się pieszo, co szybkim krokiem zajmuje kilkanaście i było moją ulubioną częścią zwiedzania.


Oddalone o 15 kilometrów Salisbury jest za to 45 tysięcznym miasteczkiem, znanym głównie z połączenia autobusowego do Stonehenge dość widowiskowej średniowiecznej katedry. Niesamowitości dodaje jej fakt, że była wybudowana w przeciągu niecałego pół wieku (bez wieży, która została doczepiona sto lat później), ale gdyby koniecznie chcieć się doczepić, można byłoby wypunktować nieudolność budowniczych, którzy postanowili wykopać fundamenty na niecałe dwa metry w głąb ziemi, przez co budowla przechyliła się o pół metra, a od 200 lat miasto i ekipa inżynierek/ów walczy o jej odratowanie.


Oprócz katedry na uwagę zasługuje na pewno starówka miasteczka- jedna z takich na których można spotkać się na kawę, popatrzeć na ładne budynki, powystawiać buzię do słońca, ponarzekać na turystów (ale to przywilej mieszkańców!), powchodzić do malutkich sklepików... Starówki brakuje mi bardzo w przemysłowym Leeds, starałam się więc naładować akumulatory jedząc zapakowany lunch na ławce w widokiem na katedrę.

Wszechświat trzymał tego dnia moją stronę, świeciło słońce (brak deszczu nauczyłam się odbierać jako żarcik losu, żebym tylko nie wzięła parasola), było wyjątkowo ciepło nawet jak na Anglię zimą, a Salisbury jest naprawdę godne polecenia.

czwartek, 2 marca 2017

Sceny rodzajowe #3

Drugi semestr zaczął się dokładne miesiąc temu, a ja nie jestem pewna czy bardziej czuję się jakby trwał dopiero tydzień, czy raczej całe życie. W moim planie lekcji nastąpiła dramatyczna zamiana Początkującego Arabskiego 1 na Początkujący  Arabski 2 oraz Tworzenia Współczesnego Świata na Wyzwania Światowego Rozwoju (które raczej powinny mieć w nazwie coś z plakatem bo fakt, że będziemy przygotowywać plakat na częściowe zaliczenie był powtarzany tak często i z taką ekscytacją, że śni mi się po nocach). Życie płynie spokojnym uczelnianym rytmem, tylko nagle czasu mam jakby więcej w tym semestrze...

... więc biegam po demonstracjach...


... i raz na jakiś czas rzucam przemówieniem ze sceny podczas wydarzeń związanych z wkładem imigrantów i imigrantek w życie Wielkiej Brytanii. Podczas ogólnokrajowego "Dnia Bez Nas" na demonstracji spotkałam wykładowców i wykładowczynię z Katedry Arabistyki, Islamistyki i Studiów Bliskowschodnich. Tego dnia miałam też odwołane wykłady i ćwiczenia, Wydział Języków, Kultur i Społeczeństw rozesłał również ogrom wspierających maili.

"Jestem dziś tym, czym Twoi przodkowie byli wczoraj."

***
Lepsze zarządzanie czasem pozwoliło mi również zaangażować się w EasternSpaces (Wschodnie Przestrzenie), magazyn studencki o tematyce szeroko pojętej Europy Środkowo-Wschodniej, Rosji i Azji Centralnej. Do poczytania jestem TUTAJ.
***
Wszystkie osoby poniżej dwudziestego piątego roku życia mieszkające na Wyspach mają prawo do darmowego dostępu do prezerwatyw i koferdam. Wiek deklaruje się słownie, tak samo połowę kodu pocztowego i status związku, po czym otrzymana od ręki plastikowa karta uprawnia posiadacza/kę do otrzymania dwunastu wybranych dóbr sześć razy, po czym należy ją odnowić (w teorii, w praktyce mignęły mi jakieś automaty wydające prezerwatywy na krzywy uśmiech, a co przychodnia to coraz liberalniejsze reguły).

Antykoncepcja wszelaka dostępna jest również bezpłatnie na tutejszy NFZ.

Tak więc żyję sobie teraz w państwie, w którym możliwość kontrolowania rozrostu swojej rodziny jest uznawana za prawo człowieka i z przerażeniem obserwuję poniżające traktowanie Polek przez władzę w ich własnym kraju. Wstyd.

*** 
Dziwię się ciągle temu, że w supermarketach można znaleźć telefony opłacone przez firmy taksówkarskie w celu zapewnienia (płatnej) podwózki obładowanym zakupowiczom.


***
W tłusty czwartek próbowałam rozpieścić się wielką paką czipsów i tęskniłam do porządnych pączków z dżemem różanym. Niedługo było mi przykro, już następnego dnia zamiast umartwiać ciało i duszę świętowałam Dzień Niepodległości Kuwejtu opychając się po uszy kuwejckimi słodyczami. Wprowadziłam w stan cukrowego upojenia, tupałam nóżką do muzyki na żywo i gdyby było chociaż trochę cieplej, naprawdę mogłabym poczuć się jak na Bliskim Wschodzie (głównie dlatego, że wszyscy mówili dużo i szybko w języku, który desperacko chcę rozumieć). Ale na to jeszcze przyjdzie czas :)

***
Nowy semestr, nowe my- po Nowym Roku Ursa wróciła do Słowenii, a na jej miejsce wprowadziła się do nas Areesa z USA oprószając mieszkanie akcentem z Baltimore, szynką halal i wspólnym wywalaniem oczu na niezadowalającą głębię dyskusji na ćwiczeniach. Pasuje nam do zespołu w mieszkaniu. :)

wtorek, 7 lutego 2017

Wielka Brytania: Newcastle (upon Tyne)

Podróżowanie zimą jest dosyć specyficzne i raczej nie moje ulubione. Niezmiennie jednak ładuję się w nowe miejsca nawet wtedy, gdy rozum podpowiada, że najlepiej byłoby mi w domu pod kocem. I tak, niemalże pełny rok po tym gdy marzłyśmy razem w Wiedniu i piłyśmy ciepłe mleko w Budapeszcie, spotkałam się z Taz w jej rodzinnym Newcastle. Zima w Anglii jest jakaś mniej zimowa niż w Europie Środkowo-Wschodniej, co ani trochę nie przeszkadzało nam zmarznąć.


Miałyśmy do dyspozycji darmowy nocleg w hostelu organizacji w której działa Taz, w miasteczku obok Newcastle. I wiecie co? Był nad zatoką! Zupełnie niespodziewanie udało mi się napatrzeć na morze <3


Zupełnie przypadkiem weekend który spędzałam w Newcastle był "weekendem restauracji" i mogłyśmy najeść się po uszy za przystępną cenę. Razem z grupą znajomych Taz opychaliśmy się burgerami, a mi było tak wesoło jak potrafi być tylko w podróży, nawet jeżeli jest tylko weekendowa i to tego blisko domu. Świeżo po egzaminach (w piątek w południe zdawałam ustny arabski, wieczorem świętowałam w Newcastle), bez absolutnie niczego do przygotowywania na kolejny tydzień.

Newcastle i Gateshead to dwa osobne miasta rozdzielone wyłącznie rzeką Tyne, przez co Gateshead jest dosyć często traktowane jak część Newcastle. Jego najbardziej rozpoznawalnym miejscem jest wzgórze na którym stoi Anioł Północy (Angel of the North), mierząca 20 metrów i ważąca 200 ton stalowa rzeźba, przedstawiająca (chyba wyłącznie według Artysty) Anioła. Symbol to symbol, pojechałyśmy odhaczyć go na naszej liście turysty.

(czyżby dwie stalowe rzeźby nowoczesne na jednym zdjęciu? ;) )
Ja- w fioletowym płaszczyku na drugim planie- nie sięgam Aniołowi nawet do pół łydki.
Jedną z zalet spędzania czasu z "miejscowymi", czy to w mieście, czy w kraju, jest ich znajomość niemalże kultowych miejsc z jedzeniem. I tak, po wywołaniu zdziwienia faktem niezaznania pączków w jakiejś konkretnej sieciówce, zostałam zawieziona prosto do najbliższej kawiarni. Dostałam czapeczkę, bon na 12 pączków gratis, gdy za 12 zapłacę i, nie dajcie się oszukać tym niewinnie wyglądającym maleństwom, zasłodziłam się na cały najbliższy tydzień!


Newcastle dosłownie oznacza "Nowy Zamek". Co więcej, w centrum miasta znajduje się średniowieczny zamek, który... również nazywa się Nowym Zamkiem. To właśnie od niego miasto przyjęło swoją nazwę. To ta budowla sprawiła mi najwięcej frajdy- część otwarta dla zwiedzających jest prawdziwym labiryntem, w którym można zejść w wytyczonej ścieżki i zaplątać się w korytarzach trafiając na ukryte ciekawostki historyczne. 


Północ Anglii i jej południe różnią się od siebie diametralnie (niektórzy twierdzą nawet, że podział jest tak silny, że przypomina dwa różne kraje). Z perspektywy turystki, jedną z rzucających się oczy różnic jest postindustrialna brzydota północy, wynikająca z leżących tu złóż żelaza i węgla które pozwoliły na rozwój przemysłu ciężkiego (zanim się okazało, że surowce można pozyskać za taniej zniewalając pół świata). Północ ma swój urok, ale do pełnego zachwytu jeszcze mi daleko.

"Nurkowie. Uprasza się o bycie dyskretnym przy rozbieraniu się."

czwartek, 19 stycznia 2017

Sesja w Anglii, czyli jak zadbać o studenta.

Dwanaście lat edukacji przeżyłam w przemocowym systemie, w którym PaniOdChemii bezkarnie poddawała się czerpaniu przyjemności z doprowadzania kogoś do płaczu, a PanOdPO wydzierał się, pastwił i mówił rzeczy niebywale seksistowskie. Bo mógł.

Przeżywam sobie niektóre sceny w głowie raz jeszcze (te od wczesnej podstawówki aż do tej połowy liceum w której statusem Złotego Dziecka zdobyłam prawo opuszczania połowy lekcji oraz nauczyłam się, że cała szkoła może mi co najwyżej naskoczyć), tym razem odpyskowywując pedagogom używając mądrych słów lub trzaskając drzwiami i zgłaszając ich zachowanie Rzecznikowi Praw Obywatelskich.

Niezależnie od oceanu niezgody na istnienie polskiego systemu edukacji, który mam teraz w sobie, oduczenie się mechanizmów obronnych zapewniających przetrwanie w takiej strukturze, opuszczenie gardy, jest procesem niezmiernie powolnym, związanym z poczuciem ciągłego zagrożenia i zdziwienia.


Że jak to, wyniki nie są czytane na forum klasy?


Że jak to, wykładowca znajdzie czas poza swoimi godzinami pracy, żeby mi coś wytłumaczyć?


Że jak to, mogę zadać banalnie proste pytanie i dostanę odpowiedź nieopatrzoną komentarzem, że gdybym słuchała wcześniej, to bym wiedziała?


Że jak to, wykładowczyni sama przypomina nam, że po to ma maila, żebyśmy przed sesją zadawali jej pytania?


Że jak to, cała struktura uniwersytetu jest po to, żeby mi pomóc, a nie przeszkodzić?


Szczyt niedowierzania osiągnęłam przed sesją, gdy okazało się, że Zrzeszenie Studentów (Student Union) we współpracy z Uniwersytetem zaproponowało i wprowadziło rozwiązania, które dodatkowo mają nam ułatwić przygotowanie do egzaminów. Poniżej przedstawiam niektóre z nich.

1. Przedłużenie czasu działania bibliotek
Na kampusie są cztery biblioteki dostępne dla studentów (czyli ponad 3600 miejsc do pracy indywidualnej i grupowej) z których trzy w czasie semestru otwarte są od 8 rano do północy. Podczas sesji jedna z nich otwarta jest przez 24 godziny, 7 dni w tygodniu. Czemu? "Ponieważ wiemy, że nie wszyscy studenci pracują najlepiej w tym samym trybie."

"Bieżąca ilość miejsc zajętych przez rzeczy, nie ludzi: 61. Jeżeli musisz opuścić bibliotekę na ponad 30 minut, weź swoje rzeczy ze sobą. Szukasz miejsca? (lista nowych miejsc do nauki)"

2. Przedłużenie czasu działania... wszystkiego
Wolisz się uczyć w miejscu, w którym można jeść? No problem, przestrzeń stołówkowa w budynku Zrzeszenia jest otwarta do 3 rano. Zapewnia również darmowe przekąski i napoje.

3. Lampy antydepresyjne.
Czujesz, że masz za mało witaminy D i najchętniej poleżałbyś na plaży? Nic prostszego. Wpadnij do Kawiarni Światła posiedzieć koło lampą antydepresyjną żeby odpocząć przy muzyce relaksacyjnej, wypić coś ciepłego i wziąć udział w warsztatach z jogi, uważności, medytacji, ogrodnictwa lub pokolorować kolorowankę. Zrelaksowany student to produktywny student.

4. Dogoterapia
Nic tak nie poprawia humoru jak przytulenie się do pieska, szczególnie, jeżeli tęsknisz za swoim zwierzakiem. Na zapisy, za darmo. Miejsca wychodzą w ciągu mrugnięcia okiem.

5. Darmowe śniadania
Głowa pracuje lepiej, gdy jest się najedzonym. W dni robocze od 8 do 9 rano na kampusie można dostać darmową kanapkę z bekonem, kiełbaską, wegetariańską kiełbaską lub owsiankę.

6. Centrum Doradztwa i całodobowy telefon wsparcia
Działające przez cały rok i zajmujące się wszystkim od problemów akademickich i radzenia sobie ze stresem, przez płacenie podatków, aż po informacje gdzie można znaleźć darmowe prezerwatywy.

7. Festiwal Zdrowia i Dobrego Samopoczucia
A na kopa cały semestr, już po egzaminach, odbywa się jednodniowy festiwal podczas którego można wziąć udział w zajęciach z jogi, dostać darmowe obcięcie włosów, zobaczyć demonstrację wegańskiego gotowania, potańczyć z rana i wiele więcej.

W ciągu dwóch tygodni podeszłam do czterech z pięciu przykazanych egzaminów. Gdy zaczynał się pierwszy, dopiero lądowałam 130 kilometrów od Leeds po tym, gdy mój "lot z bezpiecznym zapasem czasu" z Gdańska został odwołany. Spędziłam dodatkowe trzy dni pławiąc się w rodzicielskiej (i nie tylko) miłości, korzystając z rodzicielskich (tylko) zapasów żywnościowych, odkrywając uroki podróżowania bydgoską PESĄ, zwiedzając dworzec kolejowy Łodzi i myśląc, dokąd się zabiorę, gdy już napiszę mądre odpowiedzi na mądre pytania...

piątek, 6 stycznia 2017

Toruń. W mieście pierników i Kopernika.

Ostatnie trzy miesiące były niesamowicie edukujące i akademicko rozwojowe, jednak raczej mało ekscytujące. Ze względu na ograniczone zasoby (przede wszystkim czasowe; bilet na autokar można tutaj kupić taniej niż wejściówkę na imprezę, a ja przecież nie imprezuję) nie zobaczyłam tyle Wielkiej Brytanii ile bym sobie życzyła. Zaklęta w trójkącie Dom-Uniwersytet-Szkoła uświadomiłam sobie, że przez dobry miesiąc nie zawitałam nawet w centrum Leeds, nie mówiąc o wyjeździe gdziekolwiek.

Jeszcze chwila i od siedzenia domu wybuchłaby mi głowa.

I głównie przez wzgląd na akurat weekendowo-wypadową odległość od Gdańska padło na cudownie świąteczny Toruń. Wynajęliśmy pokój na przystrojonej lampkami starówce, skąd doskonale słyszeliśmy kościelne dzwony wygrywające kolędy oraz... okrzyki KODowej demonstracji. Rozważaliśmy przez chwilę dołączenie, tak dla aktywistycznej zasady, ale był piątek, było zimno i zmęczenie, więc postanowiliśmy poprzewracać się z boku na bok i nadrobić miesiąc niewidzenia się twarzą w twarz. Pożałowaliśmy tego następnego dnia rano, gdy po połączeniu się z wifi dotarł do nas powód demonstracji.

Spacerowaliśmy po mieście podziwiając jego przytłumioną przez mgłę urodę, marznąc, kupując upominki krewnym i znajomym królika, wyrzucając sobie brak udziału w zrywie narodowym poprzedniego wieczoru...


...aż natknęliśmy się na skandującą partię Razem i osoby z KODu, z którymi mogliśmy odkupić winy dnia poprzedniego.


Ze uspokojonymi (ale zdecydowanie nie spokojnymi) sumieniami kontynuowaliśmy samolubną i niewaleczną część weekendu, a z tryskającą optymizmem i wiedzą Agatą nie sposób było chodzić głodnym lub znudzonym. No, i wiem teraz, że "Turyści kupują pierniki w Toruńskim Koperniku. Toruńczycy kupują pierniki w sklepach spożywczych".


W Toruniu z łatwością można trafić na stare kamienice i szyldy z okresu drugiej wojny światowej. 


Ostatniego dnia pobytu zmęczeni zimnem postawiliśmy na muzea. Zaczęliśmy od Domu Kopernika z którym wiązałam duże nadzieje. Zwiedzenie zajęło nam niecałą godzinę i wywołało raczej zawód, niż zachwyt. Poza kilkoma pokojami stylizowanymi na historyczne wnętrza muzeum zapewniło jedynie zbiór kiepsko opisanych, wyglądających na przypadkowe przedmiotów.


Zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu Kamienica pod Gwiazdą w której można podziwiać sztukę Dalekiego Wschodu szczególnie Japońską i Chińską. Latem otwarty jest również ogród na tyłach kamienicy, w którym można się przespacerować i odpocząć. Tym razem ograniczyliśmy się wyłącznie do wystawy stałej.

Właśnie dlatego w naszej relacji zdjęcia robi głównie Buła. 

W Toruniu nie spędziliśmy dużo czasu i czuję pewny niedosyt. Miasto brzęczy życiem, jest pełne małych kawiarenek i restauracyjek, może pochwalić się obszerną i pełną legend starówką, ma swój jedyny i niepowtarzalny klimat. Zdecydowanie polecam na krótszy lub dłuższy wypad. Od razu ostrzegę jednak: przy dojazdach w dalsze części miasta używajcie autobusów, one nie serwują co przystanek cytatów, których nie powstydziłby się sam Paulo Coelho. ;)