Oh jeju jeju jak ja bardzo nie mam czasu, ludzie imprezują, piją alkohol, oglądają seriale, chodzą na randki , na ćwiczeniach siedzą na facebooku, na wykładach robią zakupy przez internet, a ja siedzę z nosem w książkach i staram się zapamiętać różnicę pomiędzy "dżarida" (gazeta), "dżaamaRra" (uniwersytet), "dżadida" (nowa),"darradża" (rower), było wybierać język (BYŁO!), jeżdżę tą swoją darradżą na dżamaRrę i rozważam, że równie dobrze mogłabym mieszkać w środku pola kukurydzy. I kocham to bardzo.
***
Kilka tygodni temu jedna z moich współlokatorek skończyła 22 lata, co świętowałyśmy tak jak na wiek przystało- w domu, z pizzą, tortem, czapeczkami i kalamburami, idąc spać przed północą bo wiecie, poniedziałek.
***
Dostałam pracę!
Wspieram proceder sprzedawania tandetnych, rasistowskich, produkowane w Chinach kostiumów na Halloween. Cóż, tyle byłoby idealizmu- sprzedałam się za pensję minimalną, koszulkę z napisem PRACOWNIK, polar, oraz źle leżący kostium więźnia. Tak, kostium więźnia.
(Uh, dopadła mnie niemoc. Powinnam przestać nazywać się aktywistką. Nie mieści mi się w głowie, że trzy, cztery miesiące temu biegałam z demonstracji na demonstrację, organizowałam wydarzenia, udzielałam się. Niech inni zmieniają świat, ja idę spać. Ale najpierw dokończę esej na zajęcia. Wstyd.)
***
Najwyraźniej w całej mojej grupie na ćwiczeniach z Tworzenia Współczesnego Świata (Making of the Modern World) dwie osoby uważają, że eks-koloniom należy się odszkodowanie ze strony byłych państw-kolonizatorów. Ja i typ z Namibijskimi korzeniami.
Moim ulubionym argumentem zostało: "No, bo to historia, przeszłość. Należy po prostu pogodzić się z tym i ruszyć na przód."
He he he nie.
Może zapytamy Haiti, które było pierwszą "Czarną" niepodległą republiką i z tego względu musiało zapłacić Francji mnóstwo hajsów, za "straty własności"?
Takich rzeczy się tu uczę.
***
***
Studenci języków obcych zostali zaproszeni do wzięcia udziału w dyskusji nad samouczkiem do języka arabskiego nad którą pod logiem BBC pracuje grupa studentów podyplomowych na mojej uczelni. Książka była tak okropna, że myślałam, że się popłaczę.
***
Zakupiłam w internetach naklejki z alfabetem arabskim, więc moja klawiatura jest teraz dwu-alfabetowa!
Moje tempo odnajdowania odpowiednich liter jest żałosne, ale hej! przynajmniej już wiem jak je przeczytać ;)
***
Wszystkie nasze prace pisemne, które oddajemy na zajęcia z szeroko pojętych nauk humanistycznych są przepuszczane przez program antyplagiatowy, muszą mieć załączoną bibliografię i zaznaczone w tekście, co jest oryginalnie czyjego autorstwa. Zostaliśmy o tym poinformowani nie raz, nie pięć, wszyscy musimy obowiązkowo (żeby zaliczyć semestr) zapoznać się z treścią e-kursu dotyczącego plagiatowania i academic malpractice i odpowiedzieć poprawnie na pytania testowe sprawdzające znajomość treści. Za celowe lub nieumyślne nadużycie na tym polu spotkałoby nas dużo nieprzyjemności, z wyrzuceniem z uniwersytetu łącznie.
I tak sobie egzystuję w tej przestrzeni pokazywania źródeł i sprawdzania ich prawdziwości, aż tu Pani-Od-Arabskiego (którą kocham bardzo i za każdym razem gdy o coś pytam zamiast Dr. Rasha mam ochotę powiedzieć Rasha neni, z węgierskiego: ciociu Rasho) wyciąga pracę wartą 10% naszej oceny semestralnej i prosi o wypełnienie jej w domu. Tłumaczenia arabsko-angielskie i angielsko-arabskie, czytanie ze zrozumieniem, opisanie obrazka. Na pierwszej stronie zasady: NIE WOLNO nam korzystać z internetu, NIE WOLNO nam poprosić native speakera o sprawdzenie poprawności. Czy można to jakoś zweryfikować? Najpewniej nie.
Czasami zapominam, że mieszkam w wielokulturowym kraju i widząc kątem oka osobę w hidżabie przemyka mi przez myśl "najpierw koce zamiast swetrów, teraz szaliki na głowach, czego te laski nie wymyślą". A potem orientuję się, że to trochę nie wpływ magazynów modowych i cieszy mnie możliwość wyjścia z mojej biało-katolickiej bańki.
Wychodzę z niej częściej niż kiedykolwiek, tak zróżnicowana jest społeczność studencka i tak świetnie na przeciw potrzebom członków danych społeczności wychodzi Uniwersytet. W bibliotece umiejscowiono "kącik modlitewny" w którym może się schować każdy, kto potrzebuje chwili wyciszenia i modlitwy.
Jeżeli chodzi o praktykowanie religii, na kampusie znajduje się wiele miejsc modlitwy (chrześcijańskie, katolickie, muzułmańskie, żydowskie), "cichych przestrzeni" nienależących do konkretnych religii (dla wszystkich, którzy chcą "zrobić sobie przerwę, rozważać i połączyć się z lokalnymi społecznościami wierzącymi") oraz "wsparcie religijne".
Generalnie: jeżeli pomaga Ci to lepiej studiować, jesteśmy tutaj dla Ciebie.
I czad petarda.
(moim najulubieńszym zjawiskiem są dziewczyny w nikabach- chustach zasłaniających całą twarz poza oczami- które biegają po kampusie z zajęć na zajęcia, dźwigając swoje laptopy i podręczniki. Edukacja to siła, są niezatrzymywalne.)
***
Samego kucia- poza arabskimi słówkami- nie mam na razie w ogóle, za to jestem zasypana górą materiałów do przeczytania i przerobienia, przeanalizowania, obejrzenia. Większość z nich jest zdigitalizowana i dwoma kliknięciami wrzucam je na kindla, z niektórych korzystam w bibliotece, niektóre tacham do domu.
Ale Uniwerek to nie tylko nauka; jak już się rozwijam i kształtuję to na wszystkich możliwych polach. ;)
Po zajęciach próbnych z tańca brzucha członkinią Klubu i wykupiłam karnet. Ha, więcej- karnet na zajęcia dla "powracających początkujących", bo w zamierzchłej przeszłości gimnazjalnej miałam półroczny incydent z tą formą wyrazu artystycznego. Tym razem zamiast kompleksu bycia "za grubą" mam wrażenie, że bozia poskąpiła mi bioder do tego sportu, co nie znaczy, że zamierzam cieszyć się nim (lub sobą) w jakkolwiek mniejszym stopniu.
***
z podpisem: "Ten obraz został powieszony w związku z radością reklamowania niczego. Z poważaniem... "
***
Jak taniec brzucha, to też Klub Solidarni z Palestyną. Dostrzegam u siebie powolne oznaki wypalenia aktywistycznego (jednak te warsztaty milion miesięcy temu mi się przydały, przynajmniej potrafię się sama zdiagnozować!) i walczę sama ze sobą, niepewna czy powinnam pozwolić sobie odpuścić i skupić na sobie i swoich studiach. Chyba przestanę o tym myśleć i zobaczę, co się wydarzy, a Palestyna i eventy zwiększające świadomość będą musiały sobie poradzić beze mnie.
***
***
Koło Polskie na moim uniwersytecie organizuje Wieczór Smakowania Wódki. Jestem na nich zła, że z premedytacją pogłębiają stereotypy.
***
Czasami spotyka się człowieka który tak strasznie przypomina człowieka z innego kraju, kontekstu i czasoprzestrzeni, że aż nie można przestać się niego zerkać, żeby upewnić się czy przypadkiem jednak nie jest tym człowiekiem, którego kojarzymy.
I w moim akademiku jest taki typ. Zerkałam, zerkałam, zerkałam podczas jakiś spędów studentów i najwyraźniej byłam tak niedyskretna, że mnie zauważył. Chodziło mi po głowie czyby może nie zapytać, czy jest z Polski -może to po prostu typowa-polska-twarz- ale wydawało mi się to tak przypadkowym pytaniem, że troszkę było mi głupio podejść do obcego człowieka i przepytać go z historii emigracyjnej.
Więc robiłam swoją minę krótkowidza za każdym razem gdy wpadaliśmy na siebie na kampusie i zastanawiałam się kogo on mi do cholery przypomina, wrzucając całą sytuację do szuflady nierozwiązanych tajemnic.
Aż wpadłam na niego w urzędzie pracy, w poczekalni dla imigrantów załatwiających sobie pozwolenie na pracę. I jak już siedzieliśmy koło siebie na jednej kanapie, to poczułam się odważnie.
-Hej, czy przypadkiem jesteś z Polski?
-No, jestem.
-O, a nie mieszkałeś przypadkiem w Gdańsku? Wyglądasz jakoś znajomo.
-Wiem, chodziliśmy razem do szkoły.
Kurtyna.
***
***
Znalazłam mój rower.
Na drzewie.
Odczuwałam bardzo silną niechęć do Freshers.
Działa.
***
Nauczyciel Politics, Culture, Society poświęcił Czarnemu Protestowi dobre cztery minuty swojego wykładu.
***
W weekend z katarem i wyrzutami sumienia, że się nie uczę pojechałam do Sheffield pospędzać czas z Ingvarem, którego poznałam w Niemczech i jego litewskim gangiem oraz wziąć udział w treningu dotyczącym działalności Irise International, organizacji zajmującej się edukacją menstruacyjną uczennic, uczniów i nauczycieli w szkołach w Afryce, szkolącą osoby miejscowe w przeprowadzaniu takich zajęć, zatrudniającej 20 kobiet w manufakturze wielorazowych podpasek (+opiekunkę, która opiekuje się ich dziećmi przy miejscu pracy) oraz 30 przedsiębiorczyń, które zajmują się ich dystrybucją w swoich społecznościach.
Obawiałam się, że będą działać jak często takie organizacje działają, ale z tego co usłyszałam i zobaczyłam, wydają się być niesamowicie etyczni w tym co i jak robią, a robią naprawdę ważne rzeczy.
***
Zmagam się też z różnicami kulturowymi. Tutaj się nie narzeka żeby nawiązać więź. Tutaj gdy dają nam wydruki i proszą o opinię, nie mają na myśli wytknięcia wszystkich rzeczy, które można poprawić. Tutaj "to będzie trudne" nie oznacza "ale się da" tylko "nie wydarzy się".
Ale dobrze mi jest. Bardzo. Tylko takiej jednej Buły trochę mi mało.
Ponieważ studiuję kierunek łączony, realizuję podstawę programową zarówno z Arabskiego jak i z Rozwoju Międzynarodowego. Ilość credits (odpowiednika ECTSów, punktów za każdy przedmiot) które realizuję jest taka sama, jak wszystkich innych studentów pierwszego roku, jednak w odróżnieniu od ludzi studiujących jeden kierunek, nie miałam możliwości zapisania się na żadne zajęcia z puli zajęć do wyboru, ani na tzw. Discovery Modules, czyli zajęcia z wydziału na którym nie studiuje, ale które mnie interesują.
W idealnym świecie gdzieś pomiędzy obowiązkowymi wykładami i ćwiczeniami chodziłabym na obowiązkowe-z-wyboru Creative Writing ("Kreatywne Pisanie") albo Kobiety w Islamie. Ale świat nie jest idealny, doba ma tylko 24 godziny, a ja pełne zaufanie do Uniwersytetu, że oferuje mi to, czego potrzebuje.
Większość moich zajęć trwa dwa semestry, a prezentują się tak:
Early and Medieval Islamic History (Wczesna i Średniowieczna Historia Islamu)
Prowadzona przez przecudowną doktorkę, która stara się, by wszyscy dobrze się czuli w jej klasie. W ciągu roku poznamy dzieje Świata Arabskiego od powstania Islamu w VI wieku n.e do podbicia Egiptu przez Ottomanów w XVI wieku. Jeden wykład raz w tygodniu, ćwiczenia co drugi tydzień. Na historii całe życie siedziałam w ostatniej ławce, zobaczymy, czy tym razem coś mi w głowie przeskoczy ;)
Making of the Modern World (Tworzenie Współczesnego Świata)
Czyli jak to się stało, że niektóre kontynenty ociekają bogactwem, a w innych co 4 sekundy człowiek umiera z głodu. Szybka odpowiedź: kolonializm. (jeszcze szybsza: kapitalizm). Tu będziemy analizować wydarzenia od momentu ludobójstwa Indian przez ludzi Kolumba, imperializm, post-kolonializm, niepodległość i socjalizm w Krajach Globalnego Południa, aż po czasy współczesne i współczesne niewolnictwo.
Przed rozpoczęciem zajęć na wykładach wprowadzających kilkukrotnie usłyszeliśmy, że wykłady są po to, żeby dać nam podstawę do dalszych poszukiwań, żeby postawić pytania i, że czytanie zadanych rozdziałów jest kluczowe dla zrozumienia problematyki poruszanej na zajęciach.
Więc skoro kluczowe, to kluczowe, wypożyczyłam książki z biblioteki, zrobiłam notatki, przyszłam się UCZYĆ o niezdrowych zależnościach i ekonomicznym uzależnieniu wielu krajów Afryki od byłych mocarstw.
A tutaj przed rozpoczęciem wykładu dziewczyna z napisem "Ocalmy Słonie" na koszulce wskakuje na stół i zaczyna krzyczeć, że mamy JEDYNĄ i NIEPOWTARZALNĄ szansę żeby ZMIENIĆ ŚWIAT. Czy chcemy RATOWAĆ SŁONIE albo UCZYĆ DZIECI W AFRYCE ANGIELSKIEGO, a przy okazji PŁYWAĆ Z DELFINAMI, POJECHAĆ NA SAFARI, ZOBACZYĆ LAS RÓWNIKOWY? I my możemy spędzić TYDZIEŃ (sic) w AMERYCE POŁUDNIOWEJ, AZJI albo AFRYCE, wystarczy, że przyjedziemy na spotkanie informacyjne i przy zapisie dostaniemy KOSZULKĘ ze SŁONIEM.
Spojrzałam na kolesia koło mnie i zapytałam, czy słyszał kiedyś o wolonturystyce. Kiwnął głową, zmarszczył brwi. Listę z zapisami na spotkanie informacyjne przesunęliśmy dalej opuszkami palców, jakby można się od niej było czymś zarazić.
Zastanawiałam się, czemu wykładowca nie kazał jej spieprzać na drzewo i szerzyć swoje białozbawicielskie bzdury gdzie indziej. Toć musiał sobie doskonale zdawać sprawę ze szkodliwości takich projektów (ekhem ekhem, pracował w Ugandzie dla ONZ jako konsultant do spraw rozwoju, zna swój przedmiot od podszewki). Czemu nie odniósł się do tego podczas wykładu? Mówił dużo o oduczaniu się tego, czego nas nauczono o świecie, o praniu mózgu w edukacji formalnej, o pomijaniu faktów i narracji ze strony społeczeństw najechanych, o przekłamywaniu historii.
I super, ale o ten wolontariat za hajsy to jeszcze muszę go zapytać.
(a za każdym razem gdy mijam ulotkę mówiącą, że "Możesz zmienić świat w tydzień" trochę wymiotuję, bo to tak bardzo kłamliwe kłamstwo, że bardziej się nie da. Chyba, że Ci państwo posiadają tajemną wiedzę, jak to zrobić. W takim wypadku sugeruję się nią podzielić z jakimś tam czerwonym krzyżem czy innymi lekarzami bez granic)
Politics, Culture and Society (Polityka, Kultura i Społeczeństwo)
Te zajęcia mają nam przybliżyć "teoretyczne i praktyczne zagadnienia będące podmurówką polityki w kontekście międzynarodowym". Będziemy się przyglądać kolonializmowi, nacjonalizmowi, demokracji, Marksowi (w ciągu ostatniego tygodnia słyszałam "Marks" częściej niż przez ostatnie dwadzieścia lat życia), globalizacji i mediom poprzez analizowanie tekstów.
Nie do końca wiem co to wszystko znaczy, ale chyba nie jestem w tym odosobniona. Jeden wykład w tygodniu, co trzy tygodnie ćwiczenia. Najciekawsze jest to, że co trzy tygodnie zmienia nam się osoba prowadząca zajęcia- będziemy mieli i miały styczność ze specjalistami z wielu dziedzin nauk społecznych i politycznych.
(O, na pierwszym wykładzie w ramach przykładu "krajów w których demokracja jest zagrożona" wykładowca podał Turcję i Polskę. Poczułam, że nasza narodowa problematyka została dostrzeżona.)
Arabski
Główny cel bycia tutaj. W tygodniu mam 8 godzin języka, 6 na wykładzie, który rozmiarem grupy i salą przypomina standardowe zajęcia w liceum oraz dwie ćwiczeń, gdzie mamy mówić, mówić, mówić w grupie dziesięciu osób.
Na razie widać wyraźną różnicę poziomów pomiędzy ludźmi, którzy umieją czytać (co nie znaczy, że rozumieją cokolwiek. Znają alfabet.) i tymi, dla których to jest pierwszy kontakt z językiem.
Strasznie nie lubię być najgorsza w rzeczach na których mi zależy, więc robię wszystko, by utrzymać poziom skupienia 150% i zapamiętywać wszystko, co było powiedziane (podobno do Bożego Narodzenia poziomy mają się wyrównać, a studenci przychodzący bez wcześniejszej wiedzy często kończą z najlepszym opanowaniem języka. Zobaczymy, zobaczymy ;) )
Do końca pierwszego semestru mamy mieć opanowany poziom A1 (baaardzo podstawowy), do końca roku skończyć A2. Kończąc studia zakłada się, że będziemy znać Modern Standard Arabic ("Współczesny Standardowy Język Arabski" czyli ten używany w mediach i polityce) na poziomie C1/C2, czyli na poziomie mojego obecnego angielskiego. Trzymajcie kciuki, bo czeka mnie dużo pracy!
I...
tyle.
15-16 godzin spędzanych na zajęciach, masakryczna ilość okienek, ogrom materiałów do przerobienia we własnym zakresie, czuję rosnący mózg wiedzawiedzawiedzawiedza!
Kocham mój uniwersytet bardzo bardzo, a jeszcze bardziej kochałam, że mogłam jeździć tam rowerem i zajmowało mi to piętnaście minut.
Rower z drugiej ręki znaleziony w internecie kosztował niewiele, w stanie był bardzo dobrym, a Clara była na tyle miła, że pojechała go odebrać ze mną. Okazało się, nie rowerów autobusami przewozić nie można, więc osiem mil przepedałowałam do domu opalając buzię i dziękując miłym panom programistom za GoogleMaps.
I tego szczęścia byłoby na tyle, bo po niecałym tygodniu użytkowania ktoś mi go zwinął spod akademika.
No me gusta.
Cały tydzień za mną, już nawet z hakiem.
Przeżyłam.
Jeszcze trzy takie i będę mogła powiedzieć, że pierwszy miesiąc z głowy.
Podobno pierwszy jest najgorszy, potem jest się już "u siebie".
Do trzech razy sztuka. Wydawać by się mogło (głównie mnie), że dobrze wiem z czym się je przeprowadzki za granicę, jednak za każdym razem mam wrażenie, że to akurat tutaj umrę przytłoczona nowością, odpowiedzialnością i nadmiarem informacji.
Niezależnie, czy pierwszy czy trzeci i tak gubię się w drodze do domu i prawie doprowadzam do łez wsiadając do złego autobusu.
(a potem zapominam jak mi było ciężko i pcham się do kolejnego kraju i w koło macieju)
Freshers' Week trwa w najlepsze. Nieustannie przypomina mi o tym dudniąca muzyka z dołu, zapach marihuany wlatujący przez okno (nie, nie jest tu legalna) i milion ulotek informujących o imprezach na które mnie nie stać (12 funtów za wejście do klubu? hahahahahajfhsdajgjaha)
Ale Freshers' oznacza również kupony na pizzę za funta, darmową kawę/herbatę, ciastka i poczucie, że nie będę musiała spędzać milionów żmudnych godzin z nosem w książkach (bo niezależnie czego się człowiek uczy, to czasami mu się nie chce).
budynek Student Union
Powoli orientuję się co, gdzie i za ile; mniej-więcej jestem w stanie ustalić jedzeniowy budżet, szukać tańszych opcji na rzeczy niezbędne lub bardzo ułatwiające cały nadchodzący rok szkolny. I już powoli mam wrażenie, że hej, nie taka ta Anglia straszna, można żyć tanio i przyzwoicie.
A potem idę popatrzeć na dwa najbardziej obowiązkowe podręczniki które są ode mnie wymagane i mam ochotę się rozpłakać, bo każdy z nich kosztuje więcej niż ten mój cholerny tygodniowy budżet jedzeniowy.
I cena tych książek staje się powoli osobną walutą.
"Kupiłam bilet do domu na Święta za połowę jednego podręcznika!" (11 grudnia, swoją drogą)
"Żyję w kraju w którym kupno używanego roweru kosztuje mniej, niż podręcznik!"
"Jeżeli będę pracować maksymalną liczbę godzin sugerowanych przez Uniwersytet, w tydzień uda mi się uciułać na podręczniki!"
UH. Prawdziwe życie.
Na fali nieustrukturyzowanego czasu poszłam też na spotkanie studenckiego klubu socjalistów (jestem zawiedziona), warsztaty (których główną wartością jest fakt, że zmuszają uczestniczącego do opanowania dojazdu na uczelnię i poznania kampusu) i na obowiązkowe spotkanie dotyczące roku za granicą, który jest "mocno zalecany" (tłumaczenie międzykulturowe: "lepiej nawet nie próbuj się z niego wymiksować") wszystkim studiującym język.
(słuchałam jednym uchem, bo nadal mam wrażenie, że wyrzucą mnie stąd po pierwszym semestrze i tyle będzie tego studiowania)
A w drugi już piątek na angielskiej ziemi, popołudniu... wyszłam z domu.
<oklaski>
Wydarzenie niszowe (i za darmo), otwierające obchody Bi visibility day, czyli Dnia widoczności osób Biseksualnych. Było czytanie poezji, była proza, były materiały audiowizualne, były też osoby z zeszłotygodniowej demonstracji. Omawiane problemy były zupełnie inne, niż te do których jestem przyzwyczajona, ale co się dziwić? Mieszkam teraz w kraju, który równość małżeńską z prawem do adopcji przyjął w 2002 roku i nikomu nie przebiega przez myśl kwestionowanie tego.
Grupa organizująca spotkanie skupiła się na widoczności osób biseksualnych (niespodzianka), ale po przejrzeniu dostępnych materiałów i posłuchaniu rozmów w kuluarach wydaje się, że działanie na rzecz akceptacji osób transseksualnych jest dużo wyżej na liście priorytetów. No, i pojawił się wątek poliamoryczny. Kurczę, więc to tak wygląda ta mistyczna Europa Zachodnia.
Potrzebując czasu dla siebie samej, postanowiłam wrócić do domu pieszo. I tak wyszło, że popodziwiałam widoki, a następnie zgubiłam się totalnie. Gubienie się jest rzekomo najlepszym sposobem poznania miasta, więc nie przejmowałam się tym aż do momentu gdy kolorowe obłoczki się pochowały i zaczęło się robić nieprzyjemnie chłodno.
Obrałam na cel jedyną osobę w okolicy i z przepięknym uśmiechem zagubionej obcokrajowczyni zapytałam o drogę w kierunku Uniwerystetu. Pytany otworzył szeroko oczy.
-Ale to jakieś pięćdziesiąt minut spaceru.
-Wiem. Wiesz, jak tam dojść? -A może autobusem? Jakie autobusy tam do Ciebie jadą?
Wyciągnął telefon, gotowy googlować rzeczy. I wtedy się okazało, (co wnioskuje po klawiaturze na wyświetlaczu) że zupełnie nieświadomie zaczepiłam osobę, której pierwszym językiem jest arabski. Żuczek w mojej głowie przewrócił się na plecki i zaczął tarzać ze śmiechu, bo czy właśnie nie pomaga mi jedna z osób, przed którymi mnie ostrzegano, taka, której z założenia powinnam się bać? Gwałcą nasze kobiety itepe?
-Chyba 1... i 6...? Ale chętnie się przespaceruję. Wiesz w którym kierunku, tak mniej-więcej, jest Uniwerek?
-Tak mniej więcej, to tam- machnął ręką.- Ale to pięćdziesiąt minut... -Tak, dzięki!
Pożegnaliśmy się uprzejmie, zostałam poprzepraszana za nieumiejętność niewiem czego, poprzepraszałam za kłopot (dostosowuję się kulturowo, widzicie!?) i ruszyłam.
Jakoś tak wyszło, że wylądowałam na głównej stacji autobusowej. I jakimś cudem udało mi się domyślić, czym i gdzie mam jechać.
(cudem nie ze względu na moje umiejętności nawigacyjne- jeżeli chodzi o komunikację miejską to są świetne- ale sposób działania Leedsowych autobusów)
Pamiętacie, że jakieś trzy akapity temu cieszyłam się wysokim poziomem rozwoju krajów Europy Zachodniej?
No, to generalnie zmieniłam zdanie.
Podróż zajęła mi milion godzin i zainspirowała mnie do dogłębnego zakwestionowania swojej obawy przed jazdą rowerem po prawej stronie ulicy oraz do stworzenia notki-narzekaczki o pieprzonych autobusach.
Już niedługo! ;)
Takie piękności w mojej okolicy. Przechodziłam obok kilkukrotnie, aż gdy w końcu postanowiłam zrobił zdjęcie, gospodarz akurat skądś wracał. Uśmiechnął się, pomachał mi, zaczęłam mu dziękować przez trawnik (znowuż: asymilacja kulturowa ;) ). Uszczęśliwiają mnie takie rzeczy.
Fresher to student lub studentka pierwszego roku studiów pierwszego stopnia w Wielkiej Brytanii. Freshers' Week to nie mniej, nie więcej jak tydzień powitalno-wprowadzający dla nowych studentów i studentek danej uczelni, podczas którego odbywa się jedno czy dwa spotkania na uczelni, kilka wydarzeń i cała masa imprez, których celem jest wprowadzić się w stan nietrzeźwości w miejscu, z którego średnio wiadomo jak wrócić do domu, z ludźmi, których imion się nie pamięta, za pieniądze, które babcia z dziadkiem sprezentowali na uniwersytecką wyprawkę.
Teoretycznie niedziela (17.09) to jeszcze nie freshers', ale skoro i tak omijam ostre chlanie i imprezy, które są jego kwintesencją to równie dobrze mogę uznać, że dla mnie zaczął się w niedzielę wycieczką po Leeds organizowaną przez Student Union (Zrzeszenie Studentów); w niemiecko-czesko-chińsko-japońsko-libijsko-brytyjsko-polsko-nambijskiej grupie oprowadzanej przez doktoranta z Meksyku przeszliśmy się po ścisłym centrum miasta, a głównym celem wycieczki było pokazanie nam najtańszych miejsc do żywienia się i przeżycia, dworzec kolejowy i kilka głównych zabytków.
Czuję silną potrzebę pójścia do informacji turystycznej i zwiedzenia miasta "po swojemu", bo nie podoba mi się, że nie podoba mi się to, co widziałam do tej pory (przestrzeń wydaje się strasznie klaustrofobiczna i strasznie niedobrze się tam czuję). Skoro mam tu być dłuższy czas to lepiej dla mnie, żebym znalazła swoje miejsce.
Poniżej piękności na które można natknąć się pokonując dystans akademik-uczelnia pieszo.
panorama mieszkalnej części miasta
Odległości tylko wydają się takie duże- autobusem, z akademika na uczelnię jestem w stanie dojechać w niecałe 15 minut. Bez korków ;)
Na dobrą sprawę z kampusu uczelni można byłoby nie schodzić- jest tam między innymi supermarket, dwie sceny teatralne (na 180 i 50 widzów), sala koncertowa, klub, bar, kawiarnia, targ rolny (w poniedziałki), galeria sztuki, muzeum, szpital i centrum medyczne. Właśnie to ostatnie interesowało mnie tego dnia najbardziej- po wypełnieniu kilku druczków okazało się (W KOŃCU), że jako studentka Uniwersytetu w Leeds jestem ubezpieczona, z którego to przywileju pani w rejestracji kazała mi od razu skorzystać szczepiąc mnie przeciwko zapaleniu opon mózgowych. Tyle wygrać.
Niemalże filmowe ulotki w poczekalni.
No, poniedziałek (18.09), na oficjalne rozpoczęcie Freshers' Week, wybrałam się na wycieczkę po Brotherton Library- największej bibliotece na kampusie, w której mieszczą się zbiory dotyczące przedmiotów humanistycznych, nauk społecznych, prawa i tzw. "kolekcji specjalnych" (czyli np. manuskrypki Szekspira i sióstr Bronte). Wybudowana po 1939 roku odróżnia się od bardziej tradycyjnych budynków z czerwonej cegły, ale jakie robi wrażenie! Ma wielką kopułę wzorowaną na londyńskiej, parter pełny książek, dwa piętra nad parterem i dwa piętra pod ziemią, dodatkowe skrzydła, dobudówki, ilość zgromadzonej wiedzy sprawia, że student czuje się mały, malutki.
wieża budynku biblioteki będąca symbolem (i logo) uniwersytetu
Tego dnia mogłam też spróbować się odnaleźć w największym wykładowym audytorium- wszyscy studenci i studentki Szkoły Języków, Kultur i Społeczeństw (podpadającej pod Wydział Humanistyczny) musieli stawić się na obowiązkowym spotkaniu wprowadzającym, które było o tyle wprowadzające, że wiemy która sala, to ta główna sala oraz, że pierwszy rok nie liczy nam się do dyplomu, ale mamy "wyrabiać dobre nawyki akademickie", które bezpośrednio po wykładzie poszłam rozwijać do Biblioteki Brotherton, która poza niesamowitą przestrzenią i wszystkimi książkami z mojej listy obowiązkowych czytań na jedne z zajęć dysponuje niesamowicie niewygodnymi krzesłami.
Skromny wycinek tego, co powinnam przeczytać
(a że naokoło odbywał się kolejny Targ Stowarzyszeń Studenckich dostała kolejne kupony na pizzę za funta zamiast za 11 i wielką wielorazową torbę na zakupy z drewnianą łyżką, golarką, proszkiem do prania i innymi drobiazgami w środku. Czuję się jak łowczyni promocji z programów na TLC. I znowu nas nakarmili w akademiku, wegetariańskie burgery w zamian za wysłuchanie prezentacji o zasadach mieszkania tam? ZAWSZE.)
Uff, dopiero wtorek (20.09)? Nie jestem w Anglii nawet tydzień, a już czuję się jakby to było całe życie. Stresuję się całą tą powagą instytucji, mam wrażenie, że wszyscy wiedzą coś, czego ja nie wiem (chociaż w poniedziałek na spotkaniu wprowadzającym usłyszeliśmy, że mamy tak nie myśleć, bo "to najnormalniej w świecie nieprawda"), wypadają mi włosy i znowu obgryzam paznokcie.
Wtorek- dzień spotkania wprowadzającego dla studentów katedry Arabistyki i Studiów nad Islamem i Bliskim Wschodem, które zupełnie przypadkiem nachodziło mi pół godziny na spotkanie Szkoły Nauk Politycznych i Międzynarodowych, na którym też powinnam być.
(te wszystkie podziały na katedry i wydziały biorę absolutnie z powietrza. Studiuję na Faculty of Arts, w skład którego wchodzi School of Languages, Cultures and Societies, w ramach której studiuję na Department of Arabic, Islamic and Middle Eastern Studies. To są moje "wydziały-matki", bo dodatkowo w ramach łączonego kierunku studiuję Rozwój międzynarodowy w ramach School of Politics and International Studies, które podpada pod Faculty of Education, Social Sciences and Law. Widzicie teraz, czemu gryzę paznokcie?)
Na spotkaniu siedziałam koło dziewczyny, która zaraz po tym, jak pokonałyśmy jakieś osiem pięter i powiedziała mi co studiuje (Hiszpański z Arabskim), wyznała, że spała tego dnia trzy godziny bo była na imprezie, a jej znajomi stwierdzili, że olewają swoje wprowadzenie. #Freshers'
Czym ja się w ogóle martwię?
Reflektowałam nad tym pytaniem kolejną godzinę na spotkaniu Szkoły Nauk Politycznych i Międzynarodowych, na którym mówiono dokładnie to samo, co na poprzednich dwóch spotkaniach- przykładaj się, przychodź na zajęcia, zaznaczaj się na liście obecności poprzez połączenie swojej uniwersyteckiej aplikacji z bluetooth, zanim zrobisz cokolwiek zastanów się, czy to pomoże twojej przyszłej karierze, karierze, karierze...kar...ie...rze...kaaaar...ieeeee...rzeeeeee.
Kapitalizm i żadna edukacja dla edukacji, edukacja dla kariery, szybko, szybko, spienięż się.
BEŁT.
(ale to już moja interpretacja, nic takiego nie padło wprost)
I tak jakoś mi się zrobiło ciężko, syndrom dnia któregośtam, PoCoSięWToWładowałam, CoJaTuWOgóleRobię, JestemLeniwąBułąINieOgarnę. (bo nie jestem głupia, więc tego sobie nie mówię).
Ale zjadłam zapakowaną wcześniej kanapeczkę, ciasteczko (za free), cieplutką kawusię (też za freeZjadam kanapeczke, ciasteczko (za free), cieplutka kawusie (tez za free, jednak coś dobrego wynika z tego całego Freshers' Week), wylalam sie Oli, ktora od chwili jest na Erasmusie i usłyszałam "JA TEŻ" i mamie (chwalic internet) i już idąc na warsztat o cytowaniu w tekstach akademickich było mi dużo lepiej.
Popieranie swojego warsztatu legową metaforą.
A że czytanie zadane na pierwszy tydzień samo się nie zrobi, tym razem rozsiadłam się Laidlaw, drugiej z czterech uniwersyteckich bibliotek- tej mniejszej, nowocześniejszej, z większą ilością światła dziennego i jakieś milion razy wygodniejszymi krzesłami.
A po południu W KOŃCU udało mi się dodzwonić samanawetniewiemdokońcagdzie, żeby umówić się na spotkanie w celu uzyskania National Insurance Number zezwalający na podjęcie legalnej pracy w Wielkiej Brytanii.
Dodzwonić się do nich to był wyczyn. Robiłam to kilkukrotnie, linia za każdym razem była zajęta i za każdym razem żeby "umilić mi czas oczekiwania" puszczano mi zapętlony fragment Czterech Pór Roku Vivaldiego, który po dziesiątej minucie przestaje być uroczy. Gdy dodzwoniłam się dzisiaj rano, okazało się, że jestem totalnie nie gotowa odpowiedzieć na pytanie o mój kod pocztowy, więc poproszono mnie o zadzwonienie ponownie, gdy się do rozmowy przygotuję (i, of course, że musiałam się dopytywać co to znaczy "przygotować się", bo najwyraźniej wiedza, które dane są potrzebne jest dla wszystkich naturalna).
Zadzwoniłam ponownie, gotowa na kolejną porcję Vivaldiego i starcie z brytyjską biurokracją. I, uff, mam spotkanie za tydzień, dwie godziny po skończeniu zajęć, idealnie, żeby się odnaleźć.
No, to znowu mnie poniosło.
Ładowałam rzeczy w walizkę, myślałam jak bardzo to było ekscytujące pierwsze dwa razy, a teraz to bardziej mi się nie chce, niż chce, przy pytaniu "a jak Ty w ogóle wpadłaś na to, żeby studiować za granicą", przepalały mi się kabelki w mózgu, bo to była decyzja tak naturalna jak i tańczenie do muzyki na przystankach autobusowych i wywalanie się o własne nogi. Nieunikniona. A przecież tak strasznie kocham Gdańsk.
Poszczęściło mi się tym razem, blisko mam do domu- leciałam bez przesiadki z Gdańska do Leeds, gdzie na lotnisku czekał na mnie Drużyna Powitalna w zielonych uniwersyteckich koszulkach. Ich praca polegała na wręczeniu przekazaniu pakietów informacyjnych (trzykrotnie podkreślając, że biała książeczka z najważniejszymi informacjami to "ta nudna część", ale "ta zielona z imprezami jest naprawdę kluczowa"), obgadaniu Drużyny Powitalnej uniwersytetu Leeds Beckett (jestem w tym kraju dziesięć minut, jesteś pierwszą mieszkanką którą spotykam i od razu wycierasz mi w twarz swoje uprzedzenia? UH) i zamówieniu taksówki (którą szczęśliwie dzieliłam z inną studentką, a jeszcze szczęśliwiej mijałyśmy pasące się owce <3 )
I w ten sposób wylądowałam w Lupton Residence, akademiku dla ludzi z ograniczoną możliwością rzucania w siebie hajsem, moim nowym domu.
Mieszka w nim ponad 640 studentów/ek, podzielonych na 15 budynków, w każdym jest dziewięć pięciopokojowych "mieszkań" które dzielą łazienkę i kuchnię, a ponieważ zarówno drzwi do budynku, jak i do mieszkania otwiera się czipem przypisanym do naszych konkretnych kluczy pokojowo-skrzynkopocztowych, establishment dobrze wie kiedy wychodzimy, a kiedy wchodzimy. Jak jeszcze zorganizuję sobie kartę miejska, którą skanuje się przy każdym wejściu do autobusu, to... to nie wiem co, ale nie czuję się z tym ani dobrze, ani bezpiecznie.
widok z okna 1.
widok z okna 2. (w moim mieszkaniu dwa okna są tylko w jednym pokoju, jestem szczęściarą!)
Piątek, piąteczek, piątunio (16.09)
Przestrzeń w której się budzę jest jakaś taka nieoswojona, zajmuje mi chwilę, zanim się zorientuję gdzie co wylądowało w procesie rozpakowywania. Szamam co mam do szamania (a mleko sojowe w tym kraju kosztuje tyle samo co krowie, turururu, piękne to jest!) i odbywam pierwszą wycieczkę na Kampus, zakończoną odebraniem legitymacji, znalezieniem "tanich" sklepów z jedzeniem (i wszystkim innym), kończąc na targach klubów studenckich.
2013 w Marylandzie, w 2016 zostają Marylandki (?) ;)
Na całym Uniwersytecie działa ponad 300 stowarzyszeń i klubów, w piątek wystawiona była tylko część z nich, zagadująca, zapraszająca, oferująca darmowe rzeczy i możliwość zapisania się na listę mailingową.
Czego oni tam nie mieli! Oprócz wszelkiego rodzaju sportów- od piłki nożnej, przez boks i karate, wodne polo i alpinizm jaskiniowy, po Quidditch (poważnie), przez tańce (hiphopy, swingi, brzucha, bollywood), ekologię, feministki, socjalistów, miłośników piwa, miłośników wina, dwa stowarzyszenia muzułmańskie (zapisałam się na listę do obu, a co), jedno chrześcijańskie, jedno katolickie, ze cztery różne magazyny uczelniane, grupę "Solidarni z Palestyną", kluby narodowościowe-ale-otwarte-na-wszystkich (Bangladesz, Indonezja, Cypr, Polska, Karaiby, Brunei, Ghana, Walia, Brytyjczycy-pochodzenia-chińskiego, etc etc), Kardiologię, Cyrkowców, Klub Operowy, Klub Komediowy, Medyczny Survival/Medycynę Dziczy (Wilderness Medicine), o LGBT+ nawet nie wspomnę.
Wieczorem w moim akademiku miała być noc pizzy i filmów, więc poszłam na pizzę, a gdy po półtorej godziny okazało się, że grają film z przemocą zmyłam się do domu.
Sobota (17.09).
Niecałe 48 godzin po przyjeździe miałam szansę wziąć udział w mojej pierwszej brytyjskiej demonstracji. Refugees Rally, skupiona na prawach uchodźców i imigrantów, była zorganizowana przez grupę kilku organizacji pozarządowych i studencki klub Amnesty International. Prowadzili zbiórkę pieniędzy, rozdawali naklejki, można było chwycić transparent, zdobyć przypinki, by następnie wysłuchać przemów i skandować hasła.
Przemawiający mówili o solidarności, o swoich doświadczeniach z pracy w "Dżungli", obozie dla uchodźców we Francji, o konieczności działania, o rasizmie i dyskryminacji. Poszłam tam, ponieważ uchodźcy oraz osoby imigrujące są dyskryminowane na każdym kroku. Przeszło mi przez myśl, by wziąć ze sobą polską flagę, jako zarówno zaznaczenie obecności Polaków po właściwej stronie barykady (nie cudzysłowuję tego nawet, pff), ale też dlatego, że ostatnio w Leeds napadnięto przedstawiciela Polonii właśnie ze względu na jego narodowość. Polska flaga została jednak zastąpiona w bagażu tęczową, poszłam więc z pustymi rękami robiąc sobie wyrzuty.
Niepotrzebnie. Kilkoro przemawiających odniosło się do ostatnich sytuacji, aktywistka Black Lives Matter ("Czarne Życia Mają Znaczenie"?) w swojej wypowiedzi mówiła o osobach czarnoskórych, uchodźcach i imigrantach, poświęcając dobre kilka minut na wyrażenie solidarności z polską mniejszością i nawoływanie do działania. Wzruszyłam się bardzo, po zgromadzeniu miałam szansę jej za to podziękować.
Organizatorzy mieli nawet przygotowane wydruki po polsku! (stoję zasłonięta łokciem)
A oprócz tego wykorzystuję wszelkie możliwe kupony, które dostałam w powitalnym pudełku w akademiku, jem pizzę za funta (zamiast za jedenaście), wybieram żelki, zgłaszam mowę nienawiści, łażę ogromne długości skąpiąc na autobus, wykipywuję kuskus i jem porządne obiady jak poważny i odpowiedzialny dorosły człowiek, którym przecież jestem.
(tyle szczęścia za totalnie darmo! #StudenckiePrzywileje)